............

poniedziałek, 12 marca 2012

V jak VILTIS czyli NADZIEJA...........



Labas  Vakaras!
Przyroda budzi się powoli z zimowego snu…Drzewa przeciągają się leniwie, prostują zesztywniałe gałęzie, ptaki szczebiocąc nerwowo czyszczą pióra, koty wyruszają na miłosne wyprawy, śnieg topnieje, niebo błękitnieje…pięknie zielenią się moje… sińce pod oczami! Wiosna blisko!

Już ,już niebawem! Głowa jeszcze rozsądna i trzeźwa, podpowiada by zakładać ciepłe  skarpetki i płaszczyk , ale serce infantylne, dzikie i głupie już w marzeniach wybiega na kwitnące łąki i tarza się w wysokiej trawie…wspina się po pniu jabłoni i plecie słoneczny wianek z mleczy….

Nieopodal mego rodzinnego domu, były takie rozległe, cudowne pola, które wiosną brzęczały, pachniały i kusiły tysiącem  aromatów. …Lubiłam położyć się w wilgotnej trawie, przycisnąć nos do ziemi i wdychając  zapach fiołków ,obserwować wiecznie śpieszące się, biegnące gdzieś mrówki. Najwięcej fiołków rosło pod starym drewnianym płotem. Czasami tworzyły długi ,biało-fioletowy dywan ,nad którym unosiło się tysiące żarłocznych owadów.

Hmm….mnie także często zdarzało się ucztować na łące. Próbowałam różnych kwiatów, traw a nawet gałęzi. Moim ulubionym przysmakiem były stokrotki, kłącze tataraku i młode pączki lipy! Pewnie nie uwierzycie, ale Mama nie była zachwycona tymi kulinarnymi eksperymentami i wciąż straszyła mnie różnymi tragicznymi historiami o dzieciach ,które ,,też były takie głupie i ciekawskie, najadły się czarcich jagód i zmarły!’’

Ja oczywiście byłam od nich mądrzejsza i ,,czarcich jagód’’ nigdy nie jadłam!!!…( no… może tylko jedną małą, czerwoną jagódkę…ale potem długo plułam, zjadłam garść ziemi  i zagryzłam to wszystko pysznym, zajęczym szczawiem!)

Dziś myślę, że moja głęboka potrzeba ekspresji artystycznej.. może mieć pewien związek z ową roślinną dietą we wczesnym dzieciństwie...:)

Gdy myślę o wiośnie…wspominam też nasz piękny ogród pełen kolorowych narcyzów, prymulek, przebiśniegów i tulipanów. Ogród był prawdziwą dumą mojej Mamy ,która mimo ciężkiej choroby każdego roku z czułością pielęgnowała wszystkie rabatki. Przycinała stare pędy, przesadzała rośliny na nowe miejsca i siała jednoroczne kwiatki. Szczególnie lubiła i dbała o tulipany. Co roku przybywały nowe rodzaje i kolory. Ja również miałam swoją grządkę, którą dekorowałam według uznania. Pewnego roku postanowiłam jednak przeprowadzić eksperyment botaniczny i małym pędzelkiem przenosiłam i mieszałam pyłki kolorowych kwiatów. Tak się zaangażowałam , że w twórczym szale i rozpędzie :,,opędzlowałam’ ’cały ogród!  Następnej wiosny mieliśmy już całą grządkę pełną….smętnych, blado sinych tulipanów….Byłam głęboko rozczarowana i zawiedziona ich wyglądem, a Mama wybiła mi z głowy dalsze badania.

 Tak więc  moja świetnie zapowiadająca się kariera genetyka-legła w gruzach….

Nadal jednak mam słabość do tulipanów i wszystkich wiosennych kwiatów, które pierwsze wnoszą do naszego życia kolor i zapach! Być kwitnącym pięknym kwiatem w środku lata, to żadna sztuka-ale spróbujcie zakwitnąć na oblodzonej ziemi, w marcu????!

Dla mnie to nieosiągalne marzenie….Przedwiośnie bardziej niż zwykle uświadamia mi siłę ziemskiego przyciągania…  Jlatem natomiast fruwam radośnie jak motyl….

Najchętniej hibernowałabym się jeszcze na jakiś miesiąc i przebudziła z rozkoszą, gdy już temperatura podniesie się do 20 stopni!

Tymczasem wczoraj  wszędzie wokół ,łopotały litewskie flagi i cały kraj świętował swoją Niepodległość…Miałam wrażenie, że przecież całkiem niedawno było już takie święto, więc moi litewscy Przyjaciele wyjaśnili mi, że tym razem to ,,niepodległość odzyskana po okupacji radzieckiej’’…no tak! Słusznie! -to niezwykle ważna data i nigdy nie dosyć cieszyć się z wolności i suwerenności swojego kraju!

Latem będziemy świętować po raz trzeci…ale o tym zdążę Wam jeszcze napisać!...

Bardzo często pytam moich nowych znajomych, z czego są najbardziej dumni?

Zwykle odpowiadają ,że właśnie z wolności i piękna swojej ojczyzny!

W ciągu minionego weekendu, w Kaunas odbył się też tradycyjny ,,Kaziukowy’’ jarmark….Chyba trudno byłoby Wam sobie wyobrazić ogrom tej imprezy. Wystawcy, handlowcy i wytwórcy z całej Litwy i kilku sąsiednich krajów. Setki kolorowych stoisk z pieczywem, wędlinami, napojami , przyprawami, owocami , ludowym rzemiosłem, ceramiką, wikliną, zabawkami itp….Tłumy ludzi, gwar, śmiech, okrzyki i dźwięki skocznej ludowej muzyki….Mimo brzydkiej pogody ( zimny wiatr i deszcz)-setki oglądających, degustujących i kupujących….Ponieważ mam słabość do drewnianych ptaszków…to aby zaoszczędzić parę litów,  barwne, kaziukowe stoiska... minęłam pośpiesznie!….Poszłam natomiast na bardzo dobry jazzowy koncert do filharmonii. Znakomici muzycy P. Geniusas –piano i L. Mockunas –saksofon-w ramach festiwalu im M.K Ciurlonisa - przedstawili  dynamiczny ,awangardowy  projekt muzyczny, zainspirowany twórczością tego wybitnego kompozytora i malarza ,p.t: ,,morze w lesie’’….



Litewski jazz robi wrażenie i trzyma wysoki poziom od lat, natomiast  prognozy pogody podobne jak w Polsce….Ma być cieplej i coraz cieplej!- uśmiecha się śliczna pogodynka, przewracając oczami-…a potem jeszcze cieplej!…KIEDY KONKRETNIE? Niewątpliwie w lipcu będzie już ZNACZNIE CIEPLEJ niż dzisiaj…stwierdzam z wrodzonym sobie optymizmem….Pogodynka rozgrzana telewizyjnymi lampami, wygląda na bardzo zadowoloną z życia….

Ja jednak odziana w  zimowe buty i ciepłe łachy, wciąż  palę w piecu. Po stosie węgla została już tylko tłusta, czarna, depresyjna plama i kilka kawałków odłożonych przezornie, na jeszcze czarniejszą godzinę…

O jak mi żal, palić kawałki starych, zmurszałych , drewnianych desek….każda pachnie inaczej i przywołuje piękne wspomnienia…Mój Ojciec pachniał drewnem i żywicą…Pracował zawodowo w różnych miejscach i na różnych stanowiskach…ale najbardziej kochał swój warsztat stolarski…
 

Każdego dnia po powrocie z pracy, zjadał obiad i …znikał w warsztacie. Godzinami przycinał deski, heblował, szlifował, piłował, kleił i strugał….W ten sposób powstawały okna, drzwi, stoły, półki, krzesła i taborety. Budował też łodzie i żaglówki. Tak wiele czasu spędzał w swojej ukochanej stolarni, że jego skóra przesiąkła aromatem lasu….Lubiłam tam zaglądać, wkradać się po cichu i chować pod kadłubem łodzi….bawiłam się złocistymi wiórami i zakopywałam w trocinach….przyglądałam się niezrozumiałym, tajemnym szkicom, wyliczeniom i  szablonom. Na strychu suszyło się drewno.
Na ścianie wisiały stare heble, zrobione przez mojego Dziadka, lśniące piły szczerzyły do mnie zęby a w ciężkich szufladach leżały młotki, gwoździe i śrubokręty. Na parapecie wylegiwały się  zakochane w Ojcu, liczne ,,adoptowane’’ kocięta . Ojciec  w tajemnicy przed Mamą ,wynosił im resztki  obiadu i swoje kanapki…Nasz dom zawsze przypominał schronisko dla zwierząt…psy, koty, chore ptaki –bociany, sowy, szpaki, wrony i kruki, poddawane były rehabilitacji i dokarmianiu…Te, które chciały zostawały z nami…inne wędrowały dalej lub po prostu odfruwały…Niektóre zwierzęta były naprawdę niezwykłe i może kiedyś niektóre z nich Wam opiszę….Moi koledzy zazdrościli mi takiego ,,zwierzyńca’’ a ja nadal jestem wrogiem  zamykania zwierząt w klatkach ,czy poddawaniu ich cyrkowej tresurze lub przeprowadzaniu na nich eksperymentów medycznych!!!….:(

Dziś gdy jadę do Polski i odwiedzam moją Mamę…zawsze ze smutkiem spoglądam w stronę ogrodu, bo nie ma tam już naszego pięknego sadu, a  stare jabłonie zostały wycięte i spalone….. Nie mam  też odwagi poprosić o klucz i zajrzeć do stolarni…



 Najcenniejsze rzeczy, które posiadam, to właśnie te zrobione przez mojego Tatę.

Dotykam  drewnianego stołu, a mam wrażenie, że przytulam jego rękę…Gładzę z czułością wypolerowane, zaokrąglone rogi dębowego  blatu….Czuję ślad jego troski i miłości….


Kocham zapach  drewna, żywicy i lasu …





 Coraz bliższą mi Litwę postrzegam jako kraj dumnych i nieco melancholijnych ludzi oraz pięknej, dziewiczej  przyrody….….Warto tu przyjechać także po to, aby zobaczyć starą drewnianą, wiejską  architekturę .Latem planuję już kilkudniową  wyprawę na Żmudź ,gdzie ponoć można jeszcze zobaczyć zupełnie magiczne i cudowne miejsca…Wczoraj byłam 120 km od Kaunas…daleko za miastem…

Widziałam budzące się do życia łąki i  wysokie, błękitne niebo ….Spływające ze wzgórz strumienie topniejącego śniegu….Zobaczyłam też kilka starych ,drewnianych, walących  się domów…nie ma nic smutniejszego niż taki widok ….Piękny owocowy sad pewnie już wkrótce zakwitnie i urodzi rumiane owoce, ale nikt już tym drzewom nie podziękuje ,nikt nie usiądzie na drewnianej ławce aby obrać ziemniaki….nikt na piecu  nie ugotuje obiadu… Trudno powstrzymać wzruszenie…myślałam o tych, którzy ten dom zbudowali, o tych, którzy w nim się urodzili…kochali …marzyli…….może ktoś wyruszył na wojnę a ktoś  inny modlił się i tęsknił w tej izbie?… Czy powrócił? Czy podkowa nad progiem, szczęście przyniosła…a kapliczka na drzewie, była świadkiem ich radosnego spotkania…???.

Nic nie wiem o tym domu ,ani o jego mieszkańcach….ale ten dom ,jestem pewna…on wszystko pamięta… dlatego wciąż tutaj stoi i czeka….pochylony, zbolały ,ze złamanym sercem i dachem patrzy na mnie w milczeniu…Czekam więc na dobre światło, aby zrobić zdjęcia….Choć odrobinę słońca! Chciałabym pokazać ,że nie wszystko umarło, że nie wszystko jest takie ponure…Fotografuję , rozmyślam, dokumentuję…Dlaczego to robię…dla kogo? Dla siebie, dla Was…przez pamięć  o tych, którzy odeszli???…Tyle wspomnień i melancholii….a żadnej nadziei????


Nagle coś lśni pod moimi nogami….Pod warstwą spróchniałych desek, znajduję stare butelki z grubego, kobaltowego szkła i ustawiam je na parapecie... przez ich brudne i zabłocone szkliwo, wciąż przenika strumień światła!!!…

Patrzę i uśmiecham się…przypominam sobie o sensie życia i ludzkim powołaniu….POZWOLIĆ ŚWIATŁU ABY  PRZENIKAŁO PRZEZ NASZE SERCA I WBREW OKOLICZNOŚCIOM NIOSŁO ŚWIATU  NADZIEJĘ….


tego życzę z całego serca  i Wam i sobie!
pozdrawiam Was serdecznie
ewa





środa, 7 marca 2012

listy znad Niemna......: Barwny kolaż między Niemnem a Wełtawą...

listy znad Niemna......: Barwny kolaż między Niemnem a Wełtawą...: Laba Diena!!! Moje życie nieustannie przypomina barwny kolaż myśli, zdarzeń , emocji i ciekawych spotkań z interesującymi ludźmi…. ...

Barwny kolaż między Niemnem a Wełtawą...


Laba Diena!!!

Moje życie nieustannie przypomina barwny kolaż myśli, zdarzeń , emocji i ciekawych spotkań z interesującymi ludźmi….

Po tygodniu wojaży, pełna wrażeń i refleksji, wróciłam na Litwę…

Najpierw kilka dni spędziłam w Polsce,….Mazury, Warmia…potem Warszawa….i w końcu wraz z moją Córką Noemi, pojechałyśmy na 3 dni do Pragi….

Ach!!!! Miałyśmy ogromne szczęście nawet do pogody! Powietrze chłodne, ale niebo błękitne i słoneczne! Spacer po praskich zakątkach o tej porze roku to ogromna przyjemność. Nie ma jeszcze tak wielu turystów i atmosfera tego ogromnego, starego miasta przypomina leniwy klimat prowincji. Jedynie w okolicach mostu Karola-o każdej porze tłoczno i gwarno. Duże zorganizowane grupy z całego świata sunęły pokornie za swoimi przewodnikami .My jednak maszerowałyśmy same, zaopatrzone jedynie w turystyczną mapkę

….wędrowałyśmy swoimi własnymi dróżkami, zatrzymując się tam gdzie chciałyśmy i ignorując niektóre reklamowane obiekty. Miałyśmy mało czasu ,ale ogrom chęci i zapału. Wyszła z tego dobra i zdrowa wyprawa, okupiona co prawda bólem stóp i potwornym zmęczeniem-ale pełna wspaniałych i niezapomnianych wrażeń! Oczywiście nie zobaczyłyśmy wszystkiego co chciałybyśmy zobaczyć-także z uwagi na ceny biletów, ale choć czuję niedosyt to i tak jestem dumna z naszych turystycznych osiągnięć! J Już wiem, że gdy tylko nadarzy się okazja-pojadę tam znowu……Chciałoby się napisać dużo więcej na temat Pragi…..Ponieważ jednak nie piszę listów znad Wełtawy lecz znad Niemna, to najwyższy czas powrócić na ziemię i rozejrzeć się wokół….Tydzień dystansu sprawił, że litewskim chłodem poczułam się osobiście dotknięta i urażona….mróz???? a gdzie obiecane w wierszach zielone listeczki  i niewinne przebiśniegi???? Ech!!! Przyrodo okrutna!!!! Pod moim oknem zasadziłam jesienią krzak lawendy, tulipany i hiacynty…Stukam obcasem w bryłę ziemi i nawet nie wiem czy któregoś dnia, moje kwiatuszki sliczne,będą w stanie przebić się w kierunku słońca???…może tuż nieopodal, pod  lodową skorupą leżą już tylko zwłoki dziewiczych, holenderskich cebulek i trzeba będzie w kwietniu, postawić im stosowny pomnik? Tak ślicznie zapowiadały się na zdjęciach, tak skromnie i wstydliwie rumieniły się w żółtej siateczce….Tak wdzięcznie wskakiwały do wykopanej im kryjówki....Ryłam ziemię i sapałam jak  nornica , upychałam palcem cebulki niczym rodzynki w drożdżówce, widząc już oczyma wyobraźni ten barwny i wonny ,wiosenny kobierzec, który oszołomi mnie wiosenną porą! Tymczasem….wiosna wciąż jedynie w mych marzeniach  i sercu jakiegoś szalonego ptaszka, który wydziera się histerycznie każdego dnia o świcie nie bacząc na śnieg i mroźny wiatr…sądząc po melodii i sile tęsknych dźwięków, zapewne miłosne są to ballady !

NIE TRAĆMY WIĘC NADZIEI!…są jeszcze inni optymiści w tym kraju J!!!

Wczoraj wieczorem też miałam okazję ,aby się o tym przekonać..

Najpierw była wystawa i prezentacja albumu znakomitego litewskiego akwarelisty ,OSVALDASA JABLONSKISA. 

Uroczysty wieczór, w Domu Artysty prowadził G. Vaicys -kiedyś uczeń Osvaldasa , dziś prezes Związku Artystów Plastyków.. Były przemówienia, kwiaty, gratulacje oraz koncert muzyczny. Ze szczególnym zainteresowaniem wysłuchałam pięknych utworów Ciurlonisa .Sam artysta skromnie i żartobliwie mówił o sobie, swojej twórczości i trudach związanych z wydaniem książki. Pomimo ogromnego i wieloletniego dorobku, to jego pierwszy album. (Szkoda ,że nie starczyło pieniędzy na obszerniejszą edycję..)


O. Jablonskis jest nie tylko świetnym malarzem, ale i cenionym pedagogiem. Na wczorajszej uroczystości zjawiło się też wielu jego byłych uczniów. Wraz z  licznymi   wielbicielami jego talentu, miałam ogromną przyjemność obejrzeć  najnowsze prace artysty.


Cenię je szczególnie za wysmakowaną, szlachetną kolorystykę, poetycki nastrój i wrażliwość w obserwowaniu przyrody. Bez względu na podejmowaną tematykę -pejzaż, architektura, portret- akwarele Jablonskisa intrygują i uwodzą zwiewną, mglistą i  metaforyczną wizją świata z pogranicza snu i jawy…….


Przeglądam teraz kolejny raz skromny albumik i jestem pełna podziwu. Nawet małe ,akwarelowe prace tego wybitnego artysty są prawdziwie…wielkim malarstwem!




W czasie wernisażu miałam też wielkie szczęście spotkać i poznać osobiście pewną niezwykłą i zupełnie wyjątkową kobietę…wybitną litewską aktorkę teatralną Panią REGINĘ VARNAITE !

Gwiazda to prawdziwa, urocza, serdeczna i niebywale charyzmatyczna. Trudno było mi uwierzyć, że ta MŁODA I ENERGICZNA KOBIETA za kilka dni obchodzi jubileusz… 85 urodzin! Po godzinie konwersacji, ja na swoich boleśnie wysokich obcasach, oparłam się o blat stolika a ona wciąż pełna wigoru ,zabawiała mnie rozmową, snując wspomnienia i wypytując mnie o powody emigracji.. Jej ojciec był Litwinem a Mama  Polką urodzoną na Ukrainie. Ojciec zakochał się w niej z wzajemnością i wywiózł z Żytomierza na Litwę. Byli ze sobą bardzo szczęśliwi, a owocem ich miłości było dwoje dzieci: Regina i jej starszy brat.

Brat był malarzem. Regina od najwcześniejszych lat pragnęła być aktorką. Najpierw uczyła się w Kownie a potem jako jedna z najzdolniejszych studentów wyjechała na studia w odległej Moskwie. Z wdzięcznością i wzruszeniem wspomina swoich wybitnych nauczycieli. Profesorzy przekonywali ją ,że jej powołaniem jest aktorstwo komediowe. Może zresztą sama była już o tym przekonana, bo prócz innych talentów-poczucie humoru i temperament były jej największymi atutami i siłą. Regina Varnaite  jest na Litwie, tak samo znana, podziwiana , kochana i ceniona jak Irena Kwiatkowska w Polsce.

Grała przede wszystkim role charakterystyczne, czasem nawet w męskim przebraniu, zawsze zabawna i dynamiczna, swoją niezwykłą ,,vis comica’’ doprowadzała widzów do łez….i nadal to czyni! Gra na scenie od czasów ukończenia studiów aż do dzisiaj!!!


Jedna ze sztuk ,w której występuje („America in the Bath“), zajmie chyba miejsce w księdze rekordów Guinessa bo w tutejszym Teatrze grana jest od…30 lat!!!! J

Mam ogromna ochotę zobaczyć Panią Reginę na scenie, więc  z przyjemnością przyjęłam  zaproszenie. Spytałam też o tajemnicę jej ,,wiecznej młodości’’- Pani Regina nie uprawia sportów ani nie przestrzega specjalnej diety, najzwyczajniej w świecie żyje i cieszy się życiem, jest otwarta i pełna optymizmu, kocha to co robi i robi to co kocha…ot cały sekret!!!

Długo żartujemy sobie swobodnie na temat naszego życia i doświadczeń, opowiadam jej o swoich zmaganiach z litewskim językiem i codziennymi realiami a ona pociesza mnie i bawi anegdotami. Obie śmiejąc się ,stwierdzamy, że dobrze wymieszane geny to cenny spadek po przodkach i dobra szczepionka przeciwko nacjonalizmowi. Pani Regina jest niezwykłym człowiekiem, mądrą, piękną i wybitnie utalentowaną kobietą-bardzo się cieszę, że dane nam było spotkać się i porozmawiać.


Tak jak wspomniałam na początku-nasze życie jest jak barwny kolaż…mamy ogromne szczęście, że poznając tak wielu niezwykłych, wspaniałych ludzi-poznajemy nowe światy i zdobywamy nowe doświadczenia….Każdy człowiek ,którego spotykamy-w jakiś sposób zmienia i ubogaca nasze życie, wnosi nowy kolor, zapach i dźwięk….życzę Wam Kochani samych kolorowych, wonnych, dźwięcznych  i budujących spotkań!!!.......

Dziś wieczorem 2 kolejne wernisaże…nie wiem czy zdążę się tam wybrać, bo chciałabym też sama trochę pomalować….Wystawy artystów z pewnością jednak wkrótce obejrzę i opiszę w jednym z kolejnych listów.

Serdecznie Was wszystkich pozdrawiam-z nadzieją zerkając na zimną jeszcze ziemię w ogródku i wypatrując jakiegoś namacalnego, zielonego dowodu nadchodzącej wiosny!!!:))))


Węgiel się skończył, ale w  piecu nadal palę, ciesząc się z zapasu drewna…Lubię ciepło w każdej postaci ,sama też już ,,się palę ’’  do nowych pomysłów i projektów…gdy tylko skończę pisanie listu, rzucam się w kierunku sztalugi…czuję głód malowania, bazgrania, szpachlowania, chlapania i klejenia….hmm….tak to u mnie wygląda, niestety o czym zaświadczyć mogą moi Bliscy, oraz …moje brudne malarskie gacie, obrzucone farbą obrażone okna i upaprane firanki…. :(

Wróciłam do domu! Drżyjcie więc blade ściany,… a cieszcie się wy, kochane pędzle, cierpliwe płótna i kartony!!! J

DO USŁYSZENIA I ZOBACZENIA NIEBAWEM!!!

ewa




środa, 22 lutego 2012

listy znad Niemna......: P jak PELENAI czyli POPIÓŁ.....

listy znad Niemna......: P jak PELENAI czyli POPIÓŁ.....: Labas Rytas! Po ostatnim liście oberwałam nieco…porównano mnie do złego ptaka, co swe gniazdo kala… :( Nie było to moim zamiarem...

P jak PELENAI czyli POPIÓŁ.....


Labas Rytas!

Po ostatnim liście oberwałam nieco…porównano mnie do złego ptaka, co swe gniazdo kala… :(

Nie było to moim zamiarem-zapewniam!

Samo porównanie mnie z ,,niebieskim ptakiem'', dosyć trafne i udane, bo orłem rzeczywiście nigdy nie byłam i nie będę w żadnej dziedzinie…Ot fruwam sobie i też niezbyt wysoko…Pokutować będę! O tak! i o tym już za chwilę!

 Życie płynie swoim odwiecznym rytmem…. Po wczorajszej śnieżycy, niebo zawstydzone i ciche….

Po dobrze przespanej nocy nastaje rześki ( dla niektórych ) poranek…

Z uwagi na niskie ciśnienie i ogólną ,,niesprawność poranną’’, mój intelekt budzi się zawsze ostatni…,to znaczy,: ciało teoretycznie już  funkcjonuje, nogi i ręce wykonują automatyczne i wyuczone zadania, ale proces rozumowania jest zdecydowanie utrudniony.…Gdy jestem ,,ciężko ranna’’, z wyglądu przypominam pijanego ślimaka lub wigilijnego karpia ,snuję się po domu, odbijam od sprzętów i usiłuję sobie przypomnieć kim jestem i co robię w tym miejscu, na tej obcej planecie ?!!

Po wypiciu aromatycznej kawy i włączeniu muzyki, powoli odzyskuję kondycję! Już jest szansa, że za godzinkę lub dwie stanę się ponownie istotą myślącą …,ale zawsze okupione jest to okrutnym wysiłkiem !

Każdego ranka uświadamiam sobie, że moje życie to walka. Bój ze swoją słabością i ułomnością!

Jak cudownie, że żyję, oddycham, poruszam się! Przecież to wcale nie jest oczywiste i nikt nam nie zagwarantuje, że tak będzie zawsze!

Dziękuję Bogu za CUD ŻYCIA i zawstydzona swoim rozmemłaniem, postanawiam nie zmarnować tego, co JEST MI DANE!

Kiedyś jakiś filozof chrześcijański napisał, że nowy dzień jest jak  NOWE, CZYSTE I PIĘKNE UBRANIE….naszym zadaniem jest chodzić w tym ubraniu do wieczora i nie SPLAMIĆ GO!

Mnie ten przykład trochę zasmuca ,bo budzi niezbyt miłe wspomnienia z dzieciństwa….

Moja Mama była wówczas bardzo chora i leżała w szpitalu,( jak pamiętacie, ja byłam najmłodsza z 4 dzieci,) miałam 5 lat i oddano mnie ,,na przechowanie ‘’do Babci.

Ponieważ Babcia, kojarzyła mi się z dyscypliną, czystością i surowością, to pobyt u niej był dla mnie trudną sztuką przetrwania, a dla niej zapewne też ogromnym stresem.

Ona bardzo się starała, aby niczego mi nie brakowało, była troskliwa i opiekuńcza a ja ,,wyłam nocami’’, że chcę do dooomu, do Maaaamyyyy!

Miałam być uśmiechnięta, grzeczna i CZYSTA, miałam nie bałaganić, nie włazić na trzepak z chłopakami-(bo to wstyd ,bo tak dziewczynki nie robią!) i miałam …spacerować po podwórku w ślicznej, bladoróżowej sukience, białych skarpetkach i sandałach. Babcia czesała mnie w dwa warkocze i wplatała moje ulubione czerwone kokardy.

Podczas tego strojenia, spoglądałam na  swoje odbicie w babcinej toaletce i marszcząc czoło, nadziwić się nie mogłam ,jak szybko z rozczochranego trolla ,przemieniam się w małą księżniczkę. Kochana Babcia napominała mnie: nie wierć się…nie płacz i nie marszcz tak czoła, bo już ci tak zostanie! Jeśli chodzi o czoło, to miała stuprocentową rację!....od tego codziennego dziwienia się otaczającym mnie światem, bardzo szybko zrobiły mi się tam zmarszczki i wyobraźcie sobie, że… są tam nadal! J

Wracając jednak do CZYSTEGO UBRANIA!

To właśnie był najboleśniejszy temat naszych rozmów.

Sukienka księżniczki, którą tak lubiła moja Babcia i jej sąsiadki,( Mario, twoja wnuczka wygląda jak różowy motylek!) i ,w której ja sama wyglądałam tak pięknie i czułam się zupełnie kimś innym niż byłam…te bladoróżowe skrzydła motyla, wkrótce po wyjściu z domu,( zapewne za sprawą jakiejś złej wróżki!!!) zamieniały się w brudną, wygniecioną szmatę! Przecież ja tylko chwilkę bawiłam się w piasku, a na trzepaku to najwyżej dwa fikołki….Babciu! ja nie wiem jak to się stało!!!!! już nie będę!- obiecywałam , wierząc święcie, że danego słowa dotrzymam! Jednak ani moje obietnice ani moja wiara nic a nic nie pomagały. Każdy powrót z podwórka kończył się bolesnymi wyrzutami i łzami.

Kiedyś nawet wpadłam na genialny pomysł, aby białe skarpetki i sukieneczkę zdjąć i powiesić na gałęzi, a po zabawie nałożyć ponownie…Niestety, plan mój okazał się katastrofą i wielkim skandalem!Następnego dnia mogłam jedynie patrzeć przez okno, jak inne dzieci bawią się radośnie i brudzą…i pokazują mi język!

Gdy przychodziły do Babci jej przyjaciółki, słyszałam jak po cichu skarży się na mnie i narzeka, że dłużej z ,,takim dzieckiem’’ nie wytrzyma…nie ma z nią spokoju, ani w dzień, ani w nocy! Zasiusiała mi nowa pościel,płacze , krzyczy przez sen, zgrzyta zębami :(  ,,już łatwiej byłoby chyba z chłopakiem niż z tą małą beksą!’’

Biedna Babcia!

Szybko zrozumiałam, że i ja i Babcia chcemy dobrze i bardzo się staramy! Jeśli ktoś jest tutaj winny to z pewnością ta okropna czysta i wyprasowana, różowa sukienka!

Poprosiłam więc grzecznie bym mogła ubierać się w swoje stare, podwórkowe ubrania, przywiezione z domu. Babcia spojrzała na mnie zdumiona: ,,Jesteś u mnie i masz wyglądać JAK CZŁOWIEK, rozumiesz ?” ……..Dyskusje były zbyteczne.

Dziś rozumiem, że zależało jej na opinii sąsiadek. Cóż by powiedziały, gdybym wyglądała jak kloszard obok mojej czystej, pachnącej, eleganckiej Babci? Po drugie, chciała mnie ucywilizować i nauczyć manier. Uważała, że jestem małym dzikusem i nie potrafię się zachować. Pewnie miała dużo racji,….niestety!.:(

Rozumiecie jednak teraz, dlaczego NIESKAZITELNIE CZYSTE UBRANIE I JASNE SUKIENECZKI budzą we mnie lęk i poczucie zagrożenia?

W takim PRZEBRANIU czuję się zniewolona i ograniczona….W ubraniu czy bez, chcemy być przede wszystkim… sobą!

Wyznam więc, szczerze, że jeśli chodzi o wygląd i stroje, to rzadko wyglądam JAK CZŁOWIEK i z pewnością typowej księżniczki, nie przypominam…(nad czym też czasem ubolewam, ale nic na to nie poradzę…L)

Mężczyźni jak wiecie KOCHAJĄ  KSIĘŻNICZKI , bo przy księżniczce, nawet świniopas może poczuć się KSIĘCIEM.!

Zdecydowanie nie interesuje mnie jednak taki układ, bo mężczyznę wolę jednak  podziwiać i szanować ,niż patrzeć na niego z litością.

Mam nadzieję, że dzisiejszego listu nie czytają mężczyźni .Zdradzę więc moim znajomym Paniom pewną tajemnicę: Mężczyzna rodzi się wojownikiem i rycerzem i każdy z nich ma szansę, aby  zostać Księciem.

 Każdy z nich w dzieciństwie marzy o zabijaniu smoków i uwalnianiu Kopciuszków lub ratowaniu Księżniczek.

Dlaczego więc tak wielu z nich porzuca te marzenia i zamienia się w pluszowe misie ?

Może to my kobiety, mamy w tym swój udział?

Mieszkając jeszcze w Olsztynie, często widziałam w autobusie ,jak mama lub babcia sadzała swojego wnuka na fotelu, a sama stała obok z siatami i tornistrem. Wnusio zajadał sobie pączka, gapiąc się w okno, a babunia spoglądała na niego z dumą: jak pięknie jej wnuk, je tego pączka i jak pięknie siedzi!!!… niczym król na tronie!

Jak synek dorasta i chciałby jednak zostać dzielnym rycerzem, i jakąś księżniczkę ,,wyrwać’’ to mu zaraz mama ,babcia i dobre ciocie wytłumaczą, że wcale nie warto, bo dziewczyny wokół  są złe, okropne i tylko skrzywdzą ,,biednego królewicza’’

Mamusie robią kanapki swoim DOROSŁYM  synkom i przynoszą kapcie. Niech tylko zawsze on ,synek ukochany, przy mamusi zostanie i niech mamusię wiecznie kocha....

Hmm….Jak i kiedy więc mogą nauczyć się młodzi mężczyźni, co to znaczy być RYCERZEM?



Kobiety, które żyją w bardziej lub mniej szczęśliwym związku, także swoim mężczyznom nie ułatwiają drogi do RYCERSTWA.

Zauważyłam, że podstawowy ,,problem’’ jaki mamy, my kobiety XXI wieku to przeświadczenie, o naszej SILE I NIEZALEŻNOŚCI.

Teraz bajka o księżniczce i rycerzu, wygląda zwykle tak: Przyjeżdża zdyszany rycerz na koniu i biegnie z oszczepem na ratunek, a widzi, że DUMNA I DZIELNA księżniczka już  smocze głowy obcięła i na rożnie przypieka, papierosa skręca i przez zęby cedzi: no toś się pośpieszył ciamajdo!JA SAMA GADZINĘ ZABIŁAM!

On głowę spuszcza, oszczep wyrzuca i kurcząc się w sobie,pyta: ,,a obiadek ,o której będzie?’’



Sprytna i Mądra księżniczka jednocześnie, SILNA JEST ( dla siebie)i SŁABA( dla niego) !

Na Rycerza cierpliwie poczeka i pozwoli mu smoka zgładzić! Gdy on dumny i niezwyciężony,to ona   mu ręce na szyję zarzuci i krzyknie z podziwem-CO JA BYM BEZ CIEBIE?????

Jak się domyślacie, nie chodzi tu o szczegóły, lecz o całokształt!
(Czasem smokiem jest przepalona żarówka,cieknący kran lub zepsuta spłuczka....:))

Mężczyzna z natury jest wojowniczy i  silny, chce być silny i będzie silny, o ile… kobieta mu na to pozwoli.!

To samo z  jego mądrością, zaradnością i troskliwością……



Oczywiście, podobnie i każda kobieta rodzi się księżniczką i będzie nią, o ile spotka Rycerza, który w niej… Księżniczkę rozpozna !
Jeśli on jej patrząc w oczy wyzna,że nie zna cudowniejszej od niej istoty,to jej natychmiast skrzydła wyrosną i unosić się będzie odtąd nad ziemią,nawet jeśli akurat walczy z nadwagą... :) Czasem tylko sfrunie na chwilę by mu gorącej herbaty zaparzyć, lub upiec ulubione ciasteczko! :)

Cóż...Znam wiele cudownych Księżniczek, które myślały ,że spotkały Księcia ,a on okazał się (?)zwykłym Świniopasem…ale znam też Rycerzy, którzy myśleli, że uratowali Księżniczki, a te okazały się (?) …Smoczycami!

Może byli tacy od początku, a może... zmienili się z naszej winy?



Życie  jest szalenie skomplikowane i nawet bajki nie zawsze kończą się szczęśliwie!

ŻYCIE WE DWOJE TO PODWÓJNA KOMPLIKACJA!!!!

Ile czasem trzeba mądrości, cierpliwości , taktu i dyplomacji, aby nawet w złości…powiedzieć coś budującego a nie powiedzieć tego co rujnuje i niszczy….



Trudne? Jasne, że trudne…..z własnego doświadczenia wiem, że szansą na zwycięstwo ze SMOKIEM jest tylko wspólne działanie. Dzielny Rycerz walczy , a Księżniczka wspiera go i opatruje rany!

Czasem Książę lub Księżniczka ,zmęczeni poszukiwaniami lub rozczarowani życiowymi wyborami postanawiają być sami. Tak też bywa…Nie muszą jednak być SAMOTNI? Mają więcej czasu na spotkania z Przyjaciółmi, na rozwijanie swoich pasji i talentów, na czytanie, malowanie, wędrowanie itp….Jedna z moich znajomych tak właśnie żyje od lat i bardzo sobie swoją sytuację chwali…

Inni są w rozterce….Lepiej być razem czy osobno???



Pewien młody człowiek ,pełen wątpliwości i lęku spytał Rabina czy powinien się żenić.?

COKOLWIEK ZROBISZ, BĘDZIESZ ŻAŁOWAĆ!- odpowiedział mu mądry Rabin.



Z kimkolwiek żyjemy, z kimkolwiek jesteśmy-zawsze też przede wszystkim jesteśmy z samym sobą !.

Trzeba więc chyba najpierw poznać, zrozumieć i polubić siebie.!

Gdy wiemy co jest dla nas ważne i dlaczego, to łatwiej zaakceptujemy, że ten drugi człowiek też ma swoje plany, cele i pragnienia.

Cudownie, gdy priorytety są podobne…To bardzo ułatwia porozumienie…ale cała reszta, to suwerenność i bogactwo partnera.

Gdybyśmy tylko zechcieli mniej pracować nad innymi, a więcej nad sobą??? J



Temat ,który dziś poruszam ,wiąże się z dzisiejszą datą: zarówno w Polsce, jak  i na Litwie, ŚRODA POPIELCOWA.

Jeszcze wczoraj cała Litwa pachniała BLINAMI!

Taka jest tutaj tradycja, ma to symbolizować przepędzanie zimy i początek postu.

Wesołość spotyka się z powagą. Stare ludowe i pogańskie tradycje, splatają się z chrześcijaństwem. Wczoraj jadłam wspaniałe, tłuste bliny z jeszcze tłustszą litewską śmietaną i wędzonym łososiem….Potem wracając ośnieżoną drogą do domu, spotkałam dwie dziewczynki zabawnie przebrane i umalowane, które chodzą od domu do domu, śpiewają wesołe przyśpiewki i zbierają do koszyczków pieniądze lub słodycze.

Dzisiaj już po blinach unosi się tylko kuszący zapach a rzeczywistością jest POKUTA I SKRUCHA!

Ja także postanowiłam zrobić rachunek sumienia….

Robię to przed każdym Szabatem, ale jeszcze raz na pewno nie zaszkodzi!:)

Uff….choć tak bardzo się staram, to wyniki wciąż poniżej średniej!… Szansa na niebo znikoma!....uczynki, myśli, zaniedbania…ach, moja sukieneczka znowu cała w piachu!

Cała nadzieja w  Dobroci i Miłosierdziu tego, który zatroszczył się nawet o skrzydła motyla! :)

OBY POMAGAŁ  NAM ODRODZAĆ SIĘ Z POPIOŁÓW, KAŻDEGO DNIA NA NOWO!



Pozdrawiam serdecznie!

…. a dziś szczególnie Dzielnych Rycerzy i Cudowne Księżniczki w Polsce i na Litwie!!!!!





PS…List rozpoczęłam rankiem…(.potem zwabiły mnie farby i płótno…)..a kończę po południu! Stąd moje poranne powitanie o godzinie 14, zapewne nieco Was zdziwiło?

J










poniedziałek, 20 lutego 2012

N jak NEPRIKLAUSOMYBE,czyli NIEPODLEGŁOŚĆ!


Labas Vakaras!



Kilka dni temu, 17 lutego, Litwa obchodziła Święto Niepodległości.

Moim litewskim Przyjaciołom wysłałam z tej okazji serdeczne życzenia. Umieściłam też na mojej stronie stosowną informację i litewski herb ,oraz flagę.

Jeden z moich polskich znajomych, spytał ironicznie: ,,czy już zmieniłaś obywatelstwo?”

Zaprzeczyłam.Dodałam uśmiech :),ale jakoś mi się zrobiło ,,nieśmiesznie''! :(

Na uroczystości w Wilnie, przyjechał tego dnia Prezydent Polski.

Z dużym opóźnieniem, ale czytam uważnie relacje z tej wizyty.

B. Komorowski wyznał, że jego przodkowie wywodzą się z Litwy…( ,,Tutaj każdy dom do mnie szepcze i krzyczy. Ja jestem stąd..’’ )

Domyślacie się, jakie mogły być reakcje internautów?

,,-BO POLAKIEM TO ON NIE JEST!’’- skwitował ktoś oburzony.

 Kilkunastu innych internautów, zareagowało podobnie.

Taaaaaaaak???? czy to więc znaczy, że Polakiem jest tylko ten ,kto się w Polsce urodził i polskie pieluszki nosił?

Ku mojemu wielkiemu zdumieniu,okazało się,że Pan Komorowski swoim ,,śmiałym’’ wyznaniem, naraził się wielu ultra-Polakom.

Co z tego, że głośno bronił praw mniejszości polskiej na Litwie i nawet w dniu tak ważnego litewskiego święta, postanowił pouczyć litewską Prezydent i wezwał do ,,lepszego traktowania Polaków''!!!.

Nic już mu to nie pomoże ,bo to wszystko tylko ,,żałosne, dyplomatyczne sztuczki,’’ a  prawdziwi Polacy już wiedzą, że ..KOMOROWSKI, PRAWDZIWY NIE JEST!

Co prawda:

Prezydent w swoim wystąpieniu na spotkaniu z polską mniejszością zdecydowanie podkreślił, że wszyscy Polacy mieszkający na Litwie są "cząstką narodu Polskiego", czy "to się komuś podoba czy nie".

Cóż, Panie Prezydencie, nie wiem kogo Pan miał na myśli, ale okazuje się, że ,,nie podoba się to "właśnie prawdziwym Polakom !….

Jak złośliwy bumerang powraca ciągle ten odwieczny problem….

Teraz wielu ,,PATRIOTÓW’’ ma dodatkowy dylemat: czy ich Prezydent jest prawdziwym Polakiem, czy nie?

Ci urodzeni na Wileńszczyźnie, zapewne potwierdzą ,że JEST!

Pozostali jednak ,,patrioci'',skrzywią się z niesmakiem…(???).

Ktoś napisał nawet :,,pochodzi z Litwy? Świetnie! Niech więc… nie wraca do Polski !’’

Pomna, że w tej sytuacji i ja powinnam się ,, opowiedzieć’’ –oświadczam, co następuje!

To ,że polski Prezydent pojechał do Wilna, bardzo mi się podoba!

To, że zaproszony na uroczystości Święta Niepodległości, postanowił przy tej właśnie okazji, Litwinów zbesztać-podoba mi się znacznie mniej!.

Nie wiem kto jest tym dobrym doradcą i kto zaplanował przebieg wizyty na Litwie, ale ja odczuwam lekki dyskomfort…Chciałabym  być dobrze zrozumiana.

Jeśli prawa mniejszości polskiej ,w jakimkolwiek kraju są naruszane, Prezydent Polski, powinien stanąć w obronie pokrzywdzonych. Trzeba jednak wówczas wybrać się do danego kraju z wizytą roboczą, a nie wyglaszać krytycznych opinii, będąc zaproszonym na doniosłe, narodowe uroczystości.



Gdyby mój sąsiad zaprosił mnie na swoje urodziny, złożyłabym mu serdeczne życzenia, ale tego dnia nie wypominałabym ,w obecności innych gości, że jego syn połamał gałęzie na mojej jabłoni…Poczekałabym z tą rozmową do stosownej okazji.

To chyba jest zasada dobrych sąsiedzkich relacji. Można i trzeba mówić o wszystkim…ale we właściwym momencie.!

Komorowski był jedynym tak wysokiej rangą przedstawicielem obcego państwa i wygłosił przemówienie zaraz po Prezydent Grybauskaite.

- Pragnę życzyć nam wszystkim, Polakom i Litwinom, wiary w to, że mądra praca połączona z odwagą, połączona z uporem, będzie gwarancją naszej dobrej wspólnej przyszłości, z całego polskiego serca, które zawsze na Litwie bije szybciej, bije mocniej, bo bije w krainie moich przodków. Niech żyje wolna Litwa! –

powiedział Prezydent Polski.



Najbardziej ucieszyła mnie  wypowiedź Komorowskiego, tuż przed odjazdem z Litwy.

Polski Prezydent uważa, że mimo chwilowych trudności, wszystko jest na dobrej drodze i, że nasze oba kraje gotowe są do zacieśniania przyjacielskich i serdecznych relacji. Jest też szansa na dobrą współpracę gospodarczą.

Oby tak właśnie się stało!!!

Najbardziej zmartwiły mnie natomiast prasowe doniesienia o nacjonalistycznych marszach w wielu litewskich miastach…Podobno wzięły w nich udział tysiące ludzi.

Hasło: ,,Litwa dla Litwinów’’ budzi we mnie takie same negatywne skojarzenia jak ,,Polska dla Polaków’’...:(

Co jednak ogromnie pocieszające: w tym roku były także marsze alternatywne, organizowane przez litewskich intelektualistów, sprzeciwiających się nacjonalizmowi i radykalizmowi.

Nie chcę tu analizować przyczyn nasilenia się w całej Europie tendencji nacjonalistycznych. Podejrzewam, że i w Polsce i na Litwie, główną przyczyną jest między innymi, stale pogłębiający się kryzys gospodarczy. Młodzi ludzie są rozczarowani brakiem perspektyw, niskimi zarobkami lub brakiem pracy….Sfrustrowani, rozgoryczeni i źli szukają odwiecznego wroga, czyli : OBCYCH.

Wierzą, że gdyby ich ukochany kraj był ,,WOLNY OD OBCYCH'', z pewnością zamieniłby się w rajski ogród, a oni sami żyliby szczęśliwie i dostatnio…MY PRAWDZIWI RODACY jesteśmy dobrzy, uczciwi i sprawiedliwi…OBCY –są źli, nieuczciwi i chcą nas unicestwić….Tego typu myślenie jest absurdalne i naiwne, ale okazuje się, że nawet w XXI wieku nie brak zwolenników tej chorej i niebezpiecznej ideologii.

Kiedyś myślałam, że ludzie IMTELIGENTNI SĄ MĄDRZY….po latach stwierdziłam ze smutkiem ,że nie brak też niestety na tym świecie, INTELIGENTNYCH GŁUPCÓW !!!

Domyślam się już, że być może po dzisiejszym liście, kilku moich znajomych przestanie czytać moje listy i odpowiadać na pozdrowienia…L

Wszak ośmieliłam się krytykować zachowanie miłościwie panującego nam, polskiego Prezydenta…!

Ponieważ Polska i Litwa nie są już Rzeczpospolitą Obojga Narodów ,to tym gorzej dla mnie….Mieszkając na Litwie, powinnam zdaniem niektórych, chwalić wszystko co święte i  polskie…bo przecież jak polskie to i… święte…. (???)

Otóż, ja jednak czuję się wolna i bardzo sobie to cenię, że mogę pisać zupełnie szczerze.

Krytyka Prezydenta czy Rządu, nie oznacza wcale braku szacunku czy patriotyzmu.

Tak samo jak drażni mnie czołobitność i fanatyzm, tak samo też boli okrutna drwina i pogarda wobec innych ludzi.

Bardzo to ważne aby stale pamiętać, że WSZYSCY JESTEŚMY NIEDOSKONALI I  WSZYSCY MAMY PRAWO SIĘ MYLIĆ !…(.Wbrew obowiązującemu dogmatowi, mylili  się także Papieże-i to jak bardzo! :( )

Jakie to szczęście, że NIEOMYLNY JEST TYLKO BÓG!....Jemu więc z ulgą możemy pozostawić ostateczne wnioski i sądy….



Bardzo lubię cytować zdanie mojego mądrego litewskiego Przyjaciela, który kiedyś skarżył się na czyjeś okropne zachowanie, a po mojej spontanicznej i niezbyt przychylnej uwadze o tym człowieku, stwierdził : ,,ach daj spokój, tak naprawdę, to bardzo dobry człowiek-tylko ma zły charakter! ‘’

Najpierw parsknęłam śmiechem. Ta myśl wprawiła mnie w osłupienie i konsternacje….po chwili jednak odkryłam, jakim błogosławieństwem może być dla nas taki sposób rozumowania w codziennym życiu….…Jak bardzo zmienia to perspektywę widzenia i oceniania  naszych bliźnich…. O ileż łatwiej ich znosić ,o ileż prościej wybaczyć i zapomnieć ich przewinienia! J


Wszystkim Wam Kochani, tę filozoficzną myśl ( G.Vaicysa) gorąco polecam.!


PS:

Miałam dziś jeszcze zamiar, na prośbę kilku miłych Pań,  poruszyć temat relacji trudniejszych jeszcze, niż relacje polsko –litewskie!

Zbieram już stosowne informacje, uwagi i wywiady, aby przybliżyć nieco ,pewne zawiłe i niezwykle intrygujące zagadnienia z dziedziny MĘSKO-DAMSKIEJ KOEGZYSTENCJI… na Litwie i nie tylko….

Uff…tak naprawdę ,rozwikłanie tego problemu jest zadaniem utopijnym ,nierealnym i ponad moje siły….ale skoro obiecałam, że spróbuję, to SPRÓBUJĘ! Cierpliwości!

Może świetnym wstępem do damsko-męskiego pojednania, byłaby gotowość spojrzenia na płeć przeciwną jako na ubogacenie naszego świata, a nie zagrożenie?.....hm???….ja osobiście nie mam co do tego, żadnych wątpliwości!!! J

 Serdecznie pozdrawiam!





















 
! J


 


















































środa, 15 lutego 2012

p jak PARODA czyli WYSTAWA!



LABAS VAKARAS!

Nazajutrz, po otwarciu wystawy…zawsze jest trochę ..apatycznie…tak! Apatia to dość trafne określenie na ,,stan post wernisażowy’’!!! :)

Przed wystawą jest napięcie i adrenalina…malowanie, wybieranie prac, wieszanie, chaos i stres organizacyjny….Podczas wernisażu przerażenie, lęk i trema, mieszają się z uczuciem ulgi, że jednak ktoś zechciał przyjść, ktoś na twe obrazy spojrzy, ktoś może miłe słowo powie i dłoń ci uściśnie…Lecz nazajutrz….siedzisz w domu apatyczny jak zielona pelargonia na oknie…ani kwitniesz ani więdniesz…ot taki stan nieokreślony….Łodygi niby mocne, ale listki blade i zmęczone….

Ja mam tak zawsze…po każdym wernisażu…!

W wyobraźni odtwarzam przebieg zdarzeń…ale spokojnie, powściągliwie i bez większych emocji…

Muzeum Miejskie, gdzie wiszą nasze prace ,leży w centrum starego miasta, tuż obok pięknej katedry. Musiałam tam dojechać autobusem. Na przystanku miałam zabawną przygodę. Podeszła do mnie jakaś młoda dziewczyna i zaczęła o coś pytać, lekko sepleniąc.. domyśliłam się, że być może pyta o trasę dojazdu, ale przecież nie potrafię jej pomóc…mówię więc PO LITEWSKU z uśmiechem: NIE ROZUMIEM…ona  krzywi się i ….zaczyna znów coś opowiadać….więc ja powtarzam: ( po litewsku)PRZEPRASZAM, ALE NIE ROZUMIEM!…ona wyraźnie poirytowana i zdenerwowana, burknęła coś w moim kierunku i podeszła do innej osoby…Najwyraźniej uznała, że jestem mało inteligentna skoro nie rozumiem prostego pytania…a może pomyślała, że z powodu jej aparatu na zębach, mówi rzeczywiście niewyraźnie? J

Zdałam sobie ponownie sprawę, że znajomość języka nie jest przecież gwarancją porozumienia !!!.

 W godzinach szczytu, autobus wlecze się niemiłosiernie…Dotarłam w ostatniej chwili. W sali było już sporo ludzi, ale wciąż brakowało… artystów. Są nareszcie! Tak, to my!!! Nieprzytomni i zestresowani…ja biegiem ,prosto z autobusu…Gintas po zajęciach w szkole…

W końcu jednak  wszystko udało się wspaniale.!

 Gintautas Vaicys przemówił po litewsku, przywitał zebranych i wyjaśnił  ideę naszej wystawy, potem  ja, po polsku mówiłam o swoich refleksjach i skojarzeniach związanych z hasłem ,,W drodze na Mont Blanc…Na wystawie pokazałam 70 prac malarskich wykonanych farbą akrylową lub akwarelą na kartonie. Większość z nich to szybkie, kilkuminutowe, malarskie szkice. Gintautas wystawił cykl akwareli ,wykonanych w plenerze.



 Byłam b szczęśliwa, że widzę dużo znajomych i życzliwych twarzy. (Niektórzy z nich to artyści zajmujący się tkaniną, malarze, ceramicy , lub rzeźbiarze…) Od razu, poczułam się lepiej…J Kowno staje się powoli ,,moim miastem’’…

Goście wysłuchali naszych przemówień cierpliwie, wręczyli kwiaty, owoce i słodycze, pogratulowali oraz dopingowali do dalszych artystycznych działań!…Zjedliśmy chleb, wypiliśmy wino, porozmawialiśmy o sztuce i o życiu…

Jakie słowa słyszy zwykle artysta na swojej wystawie, już Wam opisywałam.

Było więc ,,klasycznie’’. Jedni chwalili :,,te kolorowe, malarskie są najlepsze’’, inni : te ,,malarskie i barwne nie podobają mi się, lepsze są te z pogranicza grafiki’’ , ,,Bardzo ładne błękity’’…,,błękity zbyt agresywne i dominujące’’…,,za mało koloru’’, ,,za dużo koloru…za ciepłe…za chłodne….’’ Ufffffff J

Jedno z milszych wspomnień, to rozmowa z uroczą starszą kobietą ,którą poznałam kiedyś na wystawie w filharmonii…Obie ucieszyłyśmy się z ponownego spotkania. Opowiadała mi o swojej sympatii do Polski ,Polaków, oraz do polskiej literatury. Zachwycała się twórczością Żeromskiego i Reymonta…Pamiętała szczegóły z ich powieści….Byłam zakłopotana i zawstydzona ,….bo ja aż takiej wiedzy nie posiadam….Na pożegnanie, jeszcze trochę pożartowałyśmy, życzyłyśmy sobie nawzajem zdrowia a ona dodała: i proszę malować, malować jak najwięcej, przyjdę chętnie na kolejną wystawę! Tak, będę się starać-obiecałam! Dodałam też, że planujemy w kwietniu wystawę… fotograficzną. Ach to świetnie, ma pani tutaj wystawy co dwa miesiące,- zauważyła- widocznie dobrze się tutaj pracuje?

Zgodziłam się. Tak ! To prawda, Litwa działa na mnie bardzo inspirująco!



Jednak byłoby cudownie od czasu do czasu także coś sprzedać, pomyślałam…Malowanie to i powołanie i praca...teraz to moje jedyne żródło dochodu!Jeśli nie sprzedaję,to jest b ciężko...ale jesli bym cos sprzedała....byłyby pieniądze na farby i płótna!
Teraz z uwagi na koszty, maluję małe i b małe formaty.

Cały świat artystyczny powiększa obszar działania-a ja ,,pomniejszam’’? Na to wygląda….

Tematy które podejmuję, też nowoczesne nie są…Pejzaż, góry i chmurne niebo…trochę staroświeckie i stanowczo niemodne….Kto zechce kupić górski pejzaż w Kownie???…Na Litwie nie ma gór….Bałtyk trzeba było malować!….Bałtyk, a nie Szwajcarię-radzili mądrze,znajomi.

Jednak maluję to co kocham….i tak jak pragnę.To moja wolność...:)

Mam już ogromną chęć powrócić też do moich ukochanych ,,kolaży’’, prac strukturalnych i reliefów….ale do tego potrzebuję więcej miejsca i materiałów….Apetyt musi więc poczekać do wiosny…można wtedy wyjść przed dom i rozłożyć prace na trawie, w ogrodzie….lub zrealizować ten projekt na którymś z malarskich plenerów.

Zauważyliście? Myślenie o czymś miłym , też sprawia przyjemność-a więc to co miłe, trwa dzięki temu dłużej! J



Moją dzisiejszą apatię.przerwał telefon....
Zadzwoniła bliska mi, kochana osoba...

Podczas rozmowy, spytała z  serdeczną troską: czy nie czujesz się zagrożona, czy jesteś bezpieczna? Ponoć TVP wyemitowała reportaż o szykanach i nienawiści, które spotykają Polaków na Litwie….Wymowa reportażu była tak czytelna i złowroga, że można było odnieść wrażenie ,że taka atmosfera jest na Litwie powszechna.

Wyjaśniłam, że wcale tego nie odczuwam, że na każdym kroku stykam się z sympatią i życzliwością. Przyznałam, że zapewne są Litwini, którzy nie lubią Polaków, tak jak i są Polacy ,którzy nie lubią Litwinów! Zwykle ta niechęć nie ma praktycznego i logicznego  uzasadnienia, lecz  są emocje i wzajemne oskarżenia. Są ludzie, którzy wszelkie niepowodzenia i własne porażki starają się tłumaczyć i usprawiedliwić WINĄ INNYCH.


Nic nie poradzimy, bo to temat dla socjologów, psychologów i psychiatrów….

Wiem jedno i jestem o tym przekonana: DOBRE RELACJE POLAKÓW I LITWINÓW-BYŁYBY DLA OBU KRAJÓW BŁOGOSŁAWIEŃSTWEM!....

Więc dlaczego nie są??? hm…pomyślcie spokojnie i obiektywnie, czy to na pewno wina jednej strony???...i za co ci ,,źli Litwini’’ tych ,,szlachetnych Polaków’’ tak nie lubią?????

Owszem, oba narody przez długie wieki miały wspólne państwo, ale to Polacy byli partnerem dominującym …a jeśli chodzi o historię Wilna…

 ….Sprawa jest jeszcze bardziej oczywista i rozumiem irytację Litwinów, których usiłuje się przekonać, poważnie lub żartobliwie, że Wilno jest rzekomo miastem polskim….Kochani przeczytajcie sobie historię tego miasta i zauważcie, że ,,miastem polskim’’ a raczej w polskich rękach, Wilno było zaledwie ponad 20 lat, w czasie…kilkusetletniej historii! Sprawdzałam to kilkakrotnie w polskich (!)opracowaniach naukowych …aby nikt nie zarzucił mi ,że jestem stronnicza.

 Cieszy mnie, że na Litwie żyją Polacy, tak jak i cieszy, że w Polsce żyją Litwini. Różnorodność jest skarbem a nie zagrożeniem. NIECH KAŻDY ŻYJE TAM GDZIE CHCE-szanując jednocześnie kraj ,w którym żyje….

Okazuje się, że w XXI wieku ,w zjednoczonej Europie, z pozoru oczywiste sprawy, wzbudzają nadal ogromne emocje,... na których sprytni politycy zbijają swój kapitał.

Relacje polsko-litewskie są naprawdę skomplikowane…

Nie jestem historykiem. Nie podejmuję się więc głębszej oceny tzw ,,faktów historycznych. Piszę ,,tak zwanych’ ’bo dobrze wiem, że bardzo dużo zależy od interpretacji. To samo wydarzenie,   inaczej oceni Polak a inaczej Litwin. Życie nauczyło mnie ,(i tak przecież działa prawo ),  że należy wysłuchać obu stron, nim wyda się wyrok i wskaże winnego.             
 Dziwi mnie jedynie, że Polacy nawet z  Niemcami potrafili się zaprzyjaźnić i wiele im wybaczyć ,a z Litwinami jakoś to nie wychodzi….(??????????)



Wczoraj miałam okazję rozmawiać z wieloma ludźmi, opowiadaliśmy też sobie anegdoty i żarty. Okazuje się, że poczucie humoru mamy bardzo podobne i mimo problemów językowych DOBRZE SIĘ ROZUMIEMY…

Najważniejsza we wzajemnych relacjach, jest umiejętność słuchania otwartość na drugiego i szanowanie jego poglądów…w innym przypadku dialog jest nierealny, bo wygłaszane  wzajemnie monologi,….dialogiem wcale nie są!



Polacy i Litwini potrzebują DIALOGU!

Mimo tych wszystkich negatywnych komunikatów i sygnałów ,nadal nie tracę optymizmu!. Bardzo możliwe ,że latem tego roku uda nam się zrealizować piękny projekt...polsko litewski plener młodzieżowy!…Uczniowie z Polski i Litwy spędzą wspólnie czas na Litwie, w okolicach Kowna. Będzie okazja do wzajemnego poznania się i wspólnych artystycznych działań. Plener ma się zakończyć wspólną wystawą i wydaniem pamiątkowego polsko-litewskiego kalendarza. Oby do tego doszło! Cała nadzieja w młodym pokoleniu!!!!

Trzymajcie kciuki za nasze polsko-litewskie marzenia!!!

 Serdecznie pozdrawiam!


PS.  fotki z wernisażu na pewno też wkrótce będą,ale czekam aż przyśle je nasz bardzo zapracowany Przyjaciel i utalentowany rzeżbiarz: MARIJUS :)...o nim też zapewne napiszę ,w którymś z kolejnych listów!... :)