wtorek, 5 czerwca 2012
listy znad Niemna......: ZNAD NIEMNA NAD NIEMEN....czyli o trudnym powrocie...
listy znad Niemna......: ZNAD NIEMNA NAD NIEMEN....czyli o trudnym powrocie...: na Litwę ,nad NIEMEN wróciłam ZNAD NIEMNA!... Jeszcze niedawno przechadzałam się ...
ZNAD NIEMNA NAD NIEMEN....czyli o trudnym powrocie z Białorusi cz.I
Jeszcze niedawno przechadzałam się ulicami Grodna,tak jak Eliza Orzeszkowa,autorka tej słynnej powieści...patrzyłam na jej pomnik,słuchałam opowiesci o niej i o tym jak bardzo tam była kochana i przez Białorusinów i przez Polaków i Rosjan i Żydów....
Dziś już siedzę przy mym dębowym stoliku w Kaunas,a za oknem rozkwitają dumne,różowe peonie...Słońce gdzieś
za chmurami...nadchodzi wieczór....
2 TYGODNIE TEMU NAPISAŁAM…..
,,….Samej jeszcze trudno mi w to uwierzyć, ale jestem na
Białorusi….na ziemi moich przodków….Wzruszenie radość i …spokój…Jestem w
domu…Drzewa, obłoki, szmer rzeki…wszystko wydaje się dziwnie znajome…Ludzie
otwarci i serdeczni…DZIEŃ DOBRY! DOBRYJ DZIEŃ! Jesteś z Polski???? witaj,
witaj!!! Spotkani przypadkowo ludzie opowiadają mi swoją historię, zapraszają
do swoich domów…Tyle wrażeń i tyle opowieści…jak to wszystko zapisać i
utrwalić, skoro nawet zapamiętać będzie trudno…Trudno zapamiętać??? oj chyba
nie, twarze ,uśmiechy, dźwięki, zapachy kotłują się w mojej głowie i nawet nocą
powracają we śnie…Nigdy nie pozwolą zapomnieć…rozgościły się w moim sercu i
duszy, domagają się wiersza, pieśni, obrazu…
Białoruś.. Białoruś…najpierw jednak nie biel lecz zieleń i
błękit! Drzewa, łąki, pola o tej porze roku soczysto zielone i aksamitne…a ponad polami błękit nieba, który schodzi po słonecznej drabinie i
przytula się do drewnianych domów, płotów i okiennic a potem kąpie się w
pobliskiej rzece…NIEBIESKO, BŁĘKITNIE, SZAFIROWO…!
Wydaje mi się, że nawet kotom i psom sierść zbłękitniała…
Piję zimny kefir, spoglądam na nurt Tatarki, która wije się
nieopodal i marzę o …błękitnych migdałach! J
W stronę białoruskiej granicy jechaliśmy z mieszanymi
uczuciami. Niektórzy opowiadali mrożące krew w żyłach historie o różnych
nieoczekiwanych problemach związanych z niechęcią i opieszałością celników….
Mieliśmy ze sobą b dużo bagażu, płócien, farb i innych rupieci potrzebnych na
plenerze, więc drżeliśmy na myśl o rozpakowywaniu tego wszystkiego i
szczegółowej kontroli, która potrwałaby pewnie kilka godzin.! Na granicy
wszystko przebiegło jednak lepiej i sprawniej niż myśleliśmy! Mieliśmy znowu
dużo szczęścia i dzięki pomocy Pani Konsul z Litwy, bardzo szybko i
sympatycznie nas odprawiono!
Wkrótce byliśmy więc w Grodnie, gdzie czekali już na nas
organizatorzy pleneru. Serdecznie powitali nas Aleksander i Irina Silvanowicz.
Wraz z nimi udaliśmy się do KAROLINA, gdzie przez dwa tygodnie mamy mieszkać i
wspólnie tworzyć.
Miejsce pleneru jest absolutnie niezwykłe-Stary folwark,
dawna posiadłość Tyzenhausów, wskrzeszony z ruin i pieczołowicie remontowany przez nowych właścicieli , cudownych ludzi- Pawła i Natalię Klimuk. :)
Czujemy się tutaj wręcz komfortowo. Mieszkamy w nadzwyczajnym
miejscu, w świetnych warunkach, w pięknym otoczeniu, otoczeni przyrodą,
zabytkami i serdecznością gospodarzy.
Pierwszego dnia miałam nawet obawy czy nie ogarnie mnie
jakieś bezgraniczne lenistwo i czy będę w stanie tutaj cokolwiek stworzyć????:)
Grupa artystów ,która przyjechała tu z Litwy, Polski, Rosji
i Białorusi to otwarci, serdeczni i pogodni ludzie, z którymi dobrze i miło nie
tylko tworzyć, ale i spędzać wolny czas!
Jeśli nie malujemy i nie rzeźbimy to rozmawiamy,
dyskutujemy, śmiejemy się lub śpiewamy. Język nie stanowi problemu ani bariery,
słychać litewski, polski, rosyjski i białoruski….
Spotykamy się na posiłkach a potem każdy z nas pracuje w
swojej ,,samotni’’….czasem zaglądamy do siebie w przerwie na kawę czy
papierosa…
Dzień jest długi i pracowity, wieczorem czas na zasłużony
odpoczynek i podsumowanie wrażeń….
Już pierwszego dnia zaczęłam szukać inspiracji w najbliższym
otoczeniu i gdy tylko wypatrzyłam stos starego drewna i kawałki desek
przeznaczonych na spalenie, wiedziałam od razu co chcę zrobić.
Tak jak mój białoruski dziadek i ojciec będę strugać,
heblować i obrabiać drewno!!!! Oni budowali
domy, łodzie i meble a ja stworzę
obiekty .które opowiedzą historie moich przodków i tej ziemi ,którą tak
kochali….’’
DZIŚ WSPOMINAM …..
Przytargałam fragmenty dębowych konarów, kilka desek i
sosnowe klocki z pobliskiej budowy, które pozwolono mi przejąć na
własność…Szkoda, że nie miałam ze sobą odpowiednich narzędzi, dłuto, młotek i
hebel zostały w domu, cały mój zestaw stolarski to nożyk do …obierania owoców i
kawałek ściernego papieru.!:)
Nie było łatwo, samo szlifowanie też okazało się trudnym
zadaniem…dębowy materiał twardy i oporny, jednak sosnowy klocek wynagradzał mi
cały trud cudownym, żywicznym zapachem !
Po kilku godzinach widać już było pierwsze efekty! Z dumą
przytulałam gładką, aromatyczną deskę J
Część drewna pomalowałam, część pozostawiłam w stanie
surowym…budowałam mozolnie moją instalację, ,,NAD NIEMNEM ‘’ którą chciałam
pokazać na wystawie w dniu wernisażu.
Drewniane klocki zamienią się w kolorowe domy…..
Gdy zmęczyłam się ,,stolarstwem’’ zabierałam się za
malowanie obrazów…Chciałam by moje prace były związane z Białorusią nie tylko
tematycznie, ale także poprzez materiał jaki użyję do ich tworzenia.
Do malowania jeziora Świteź używałam wody i piasku z
jeziora…(mój obraz będzie rzeczywiście częścią tamtego miejsca…!)….Gdy
powstawał tryptyk NADZIEJA, opowiadający o dramatycznych losach białoruskich Żydów-użyłam
piasku z rzeczki płynącej nieopodal folwarku, trocin, i kawałeczków drewna
zebranego nieopodal synagogi w Grodnie…Stare, grube drzewo niedawno zostało
ścięte ,ale wokół pnia pełno było skrawków i trocin, które skrzętnie kilka dni
przedtem pozbierałam i wsunęłam do kieszeni. Teraz bardzo mi się przydały te
wszystkie bezcenne skarby!
Praca twórcza pochłaniała mnie bez reszty…czasem zapominałam
nawet o jedzeniu i żal mi było odchodzić od rozpoczętej pracy…
Namalowałam i wyrzeźbiłam całkiem sporą kolekcję prac, z
której tylko część zmieściła się na wystawie.
Plener na Białorusi jest już dziś tylko bardzo pięknym
wspomnieniem….
Chciałabym tak wiele napisać o tym co tam przeżyłam…ale
słowa nie wyrażą wzruszeń i nie opiszą serdeczności ludzi ,których dane mi było
spotkać…2 tygodnie to bardzo krótki czas…zbyt krótki aby dobrze poznać ludzi i
zrozumieć kraj o tak skomplikowanej i dramatycznej historii…
Staram się zawsze przeczytać jak najwięcej o miejscu, do
którego się udaję…miałam więc już przed wyjazdem jako taką historyczno-teoretyczną
podbudowę, ale to i tak nie zastąpi osobistego kontaktu, rozmów i barwnych
opowieści poszczególnych ludzi.
Warto byłoby na pewno niektóre interesujące historie opisać, ale bez zgody
zainteresowanych uczynić tego nie mogę…może kiedyś?
Mogę więc tylko napisać o tym, czego sama doświadczyłam J
SERDECZNOŚĆ, GOŚCINNOŚĆ, UCZYNNOŚĆ, OTWARTOŚĆ…to cechy
,które kojarzyć mi się będą z Białorusinami.
Nie miałam czasu na dłuższe samotne wyprawy, ale razem z
całą grupą byliśmy na wycieczce w Nowogródku, Szczuczynie i nad jeziorem
Świteź…
Jezioro jest rzeczywiście niezwykłe, zachwyca nie tyle urodą
( owalny ,regularny kształt i stosunkowo płaski ,regularny ,piaszczysty brzeg)
co nadzwyczajną czystością wody!
Do jeziora nie wpływa żadna a wypływa tylko jedna rzeka.
Najwyraźniej tafla jeziora ukrywa podwodne, głębinowe źródło i z tego powodu
woda wciąż się oczyszcza i jest przejrzysta jak kryształ!...Nad jeziorem
zrobiliśmy piknik, pospacerowaliśmy malowniczym brzegiem, na którym rośnie
wciąż mnóstwo starodrzewia.. niektórzy zmoczyli stopy lub popływali i wkrótce
pojechaliśmy do Nowogródka, pokłonić się Mickiewiczowi.
Dworek wielkiego poety bardzo romantyczny, wokół piękny
zadbany park i ogród.
Zrobiliśmy kilka pamiątkowych fotografii i ruszyliśmy
zwiedzić parę ulic, cerkiew i ruiny zamczyska.Za kilka lat ,gdy skończą się
remonty chodników i kamienic –Nowogródek stanie się ślicznym miasteczkiem.
W drodze do zamku niezwykły obrazek-skrajem drogi wędrowała
staruszka z kozą…i kobieta i jej koza tak piękne i kolorowe, że wydawało się
nam przez chwilę jakby tylko co zeszli z obrazu Chagalla. :)
Sam zamek musiał być naprawdę potężny…szkoda, że tak
niewiele z niego zostało, ale trwają tam prace rekonstrukcyjne i wykopaliska
archeologiczne, więc jest nadzieja ,że i tam za kilka lat zobaczymy znacznie
więcej niż teraz!
…,, Nowogródek założony został po 1241 roku przez księcia litewskiego Edywiła (kunigas Erdziwiłł[1]) prawdopodobnie w miejscu wcześniejszego ruskiego grodu z XII wieku. Mendog ustanowił tu stolicę państwa litewskiego, przyjął tu chrzest i w 1253 koronował się na króla Litwy. W tym czasie wzniesiono tu warownię z umocnieniami ziemno-drewnianymi, prawdopodobnie z elementami murowanymi…( Wikipedia)
W 1314 komtur krzyżacki Heinrich von Plotzke bezskutecznie próbował zdobyć zamek. W XIV wieku zamek był wielokrotnie oblegany i niszczony w czasie najazdów krzyżackich, wojen litewsko-ruskich i waśni rodowych. W 1349 roku przed kolejnym najazdem krzyżackim mieszkańcy sami spalili miasto i zamek przed opuszczeniem miasta. Zamek rozbudował po zniszczeniach Witold w roku 1415.
Na początku XVI wieku zamek uległ zniszczeniu przez Tatarów. Odbudowany, ale z uwagi na przestarzały system obronny stracił na znaczeniu. W 1638 roku w wieży bramnej umieszczono archiwum miejskie. W 1662 zamek został zdobyty i spustoszony przez wojska moskiewskie, archiwum został o obrabowane i częściowo wywiezione. W XVIII wieku dalsze zniszczenia zamku nastąpiły w wyniku pożarów: w 1710 w czasie najazdu Szwedów i w 1751, gdy spłonęły resztki miejskiego archiwum.
Od początku XIX wieku zamek znajduje się w stanie trwałej ruiny. Zachowały się ruiny wieży kościelnej, bramnej, fragment wschodniego odcinka murów z przechodem furty (częściowo rekonstruowane w XX wieku), wały ziemne i głęboka fosa otaczająca zamek. Z zamkowej cerkwi zachowały się fundamenty……( Wikipedia)
Zamek w Nowogródku i większość zamków na Białorusi zbudowali Litwini, przez całe wieki był to przecież teren Wielkiego Księstwa Litewskiego.
Wiele litewskich biur podróży organizuje wycieczki na Białoruś :,,Szlakiem litewskich zamków”. Niektóre budowle całkiem nieźle się zachowały i na pewno warto je zobaczyć.
Na przestrzeni VIII i IX w. na terytorium dzisiejszej Białorusi uformowały się zespoły plemion – Krywiczów, Dregowiczów i Radymiczów, które stanowią podstawę narodowości białoruskiej. W IX w. pojawiają się pierwsze księstwa – najważniejsze z nich to Księstwo Połockie, Turowskie, Pińskie i Smoleńskie.
Już w 862 r. kroniki wspominają o Połocku, dużym mieście, dorównującym pod względem zamożności Kijowowi i Nowogrodowi Pskowskiemu. W X w. rozpoczęła się chrystianizacja Słowian, zakończona jednak później, bo dopiero w XV-XVI w. Zabytki piśmiennictwa świadczą, że do wieku XIII ukształtowały się podstawy języka białoruskiego, choć ta teza kwestionowana jest przez dużą część badaczy.
Wielkie Księstwo Litewskie w XIII-XV wieku
Przez kilkaset lat przodkowie dzisiejszych Białorusinów mieli swój udział w tworzeniu (wraz z Litwinami i Polakami) Wielkiego Księstwa Litewskiego – wbrew nazwie zamieszkanego w większości przez Słowian Wschodnich. Na państwo Witolda Wielkiego składały się m.in. takie ziemie jak Ruś Biała, Ruś Czarna („czarna” bo „pogańska” – okolice Nowogródka). Wielkie Księstwo Litewskie sięgała od Bałtyku (Żmudź) aż po Morze Czarne (Krym z okolicami). Warto zwrócić uwagę, że w niektórych anglojęzycznych publikacjach Białoruś określa się słowem „Litva” zamiast tradycyjnego określenia „Belarus” lub budzącego skojarzenia raczej z carską Rosją niż krajem między Bugiem a Dnieprem „White Russia” („polska” Litwa zaś to po angielsku „Lithuania”) – ma to podkreślić historyczny związek Białorusi z tradycją Wielkiego Księstwa Litewskiego. Język ruski (niektórzy badacze mówią o „starobiałoruskim”) był do 1699 roku językiem urzędowym Wielkiego Księstwa Litewskiego.
W 1410 r. oddziały z „Białej Rusi” brały udział w zwycięskiej walce z zakonem krzyżackim.
W wyniku unii lubelskiej z 1569 r. powstało wspólne państwo polsko-litewskie, którego Białoruś byłą częścią aż do 1795 r. Tereny białoruskie wraz z Litwą etnograficzną składały się na Wielkie Księstwo Litewskie, które posiadało niezależną od Korony armię, skarbowość oraz część ważniejszych urzędów (hetman, kanclerz). Na Białorusi obradowały sejmy Rzeczypospolitej oraz mieścił się Trybunał Litewski z siedzibami w Grodnie i Mińsku. To tutaj na tzw. sejmie grodzieńskim w 1793 r. pod dyktatem rosyjskim zatwierdzono II rozbiór Polski oraz uchwalono tzw. prawa kardynalne Rzeczypospolitej……
Na wszelki wypadek ,gdyby ktoś chciał sobie przypomnieć historię, załączyłam fragmenty artykułów z Wikipedii….
Ciąg dalszy nastąpi na pewno…i historii Białorusi rzecz jasna i mojej osobistej na tejże pięknej białoruskiej ziemi w okolicach Grodna…. :)
BĘDĄ PRZYGODY I ANEGDOTY!
Czekajcie cierpliwie…
czwartek, 17 maja 2012
LITEWSKI KOSZMAR czyli:KOGO OBCHODZI PŁACZ DZIECKA...???!!!
Dziś miałam zamieścić wesoły, radosny list o kolejnej wycieczce....Miało być miło i przyjemnie...optymistycznie...
Jednak tego listu nie będzie...Nie będzie...bo nie jest ani pięknie, ani optymistycznie....wraz z tysiącami Litwinów przeżywam dramat małej dziewczynki skrzywdzonej przez dorosłych.....
Ta ,,sprawa'' toczy się od kilku lat...
Oto archiwalny ( luty 2012)artykuł zamieszczony na portalu wp.pl:
,,….Gdy zabito jej
brata, sama stanęła w obronie jego córki, która padła ofiarą wpływowej szajki
pedofilów i tylko jej ojciec - Drasius Kedys - miał odwagę stanąć w jej
obronie. Neringa Venckiene zapowiedziała, że nie odda bratanicy matce, ponieważ
Kedys podejrzewał ją o stręczenie własnego dziecka.
Kiedy
policja usiłowała odebrać Nerindze dziewczynkę, pod jej dom przyjechał tłum
ludzi z całej Litwy. Żywym murem otoczyli posesję Kedysów i nie pozwolili matce
zabrać dziecka. To jednak nie koniec sprawy - matka, Laimute Stankunaite, nadal
domaga się oddania córki a policja i sąd zastanawiają się jak odebrać ją cioci,
mimo, iż dziecko za nic nie chce wrócić do matki.
Sąd chce oddać dziecko matce
Głośna na Litwie sprawa pedofilska znowu bulwersuje opinię publiczną, która nie może pojąć, czemu sąd nadal dąży do odebrania siostrze ojca-mściciela, Drasiusa Kedysa, zaledwie 7-letniej dziewczynki. Co z zeznaniami dziewczynki, która opowiadała, jak jej własna matka pozwalała grupie wpływowych pedofilów molestować ją i gwałcić?
Niemal rok temu litewski sąd orzekł, że dziewczynka musi zamieszkać z matką. Jednak, wtedy dziewczynkę obronił wzburzony tłum pod domem Kedysów. W grudniu ubiegłego roku sąd rejonowy w Kiejdanach znowu orzekł, że dziecko ma być oddane matce, zaś decyzja ma być wykonana niezwłocznie. I tym razem, w obronie dziewczynki stanęły tłumy, więc córka Kedysa znowu została w domu ciotki.
Dziecko dalej, jednak nie może czuć się bezpiecznie, bo do sądu w Kiejdanach wpłynął wniosek komornika o pozwolenie na wyprowadzenia dziewczynki z domu Venckiene przy użyciu siły. Zgodnie też z nakazem sądowym dziewczynka spotyka się z matką w domu ciotki, ale do matki wracać nie chce. Venckiene protestuj, pisze listy i odwołania od decyzji, ale jak na razie bez rezultatu.
To jest państwo prawa?
- Po prostu w głowie się nie mieści, że takie rzeczy dzieją się w państwie prawa, za, jaki nasz kraj się uważa - mówi Wirtualnej Polsce Neringa Venckiene. Jej słowa mają szczególny wymiar, ponieważ Venckiene sama jest sędzią sądu okręgowego w Kownie i pracuje w zawodzie już kilkanaście lat. Doświadczenie zawodowe nie pozwala jej też uwierzyć w oficjalną wersję śmierci brata. Drasius Kedys zmarł ponoć w wynik "udławienia się własnymi wymiocinami", kiedy przed prawie rokiem, w kwietniową zimną noc, nie wiedzieć, czemu upijał się samotnie nad brzegiem Zalewu Kowieńskiego. Neringa Venckiene jest przekonana, że jej brat został zamordowany gdzie indziej, a jego ciało zostało porzucone nad zalewem.
Neringa jest przekonana, że Kedysa zamordowano za to, że domagał się ukarania gwałcicieli swojej córki - m.in. Andriusa Usasa, biznesmena i polityka, asystenta byłego przewodniczącego litewskiego parlamentu oraz sędziego Jonasa Furmanaviciusa, który też już nie żyje - a także tajemniczego "wujka Aidasa". Kedys podejrzewał, że był to ktoś z litewskich służb specjalnych.
Głośna na Litwie sprawa pedofilska znowu bulwersuje opinię publiczną, która nie może pojąć, czemu sąd nadal dąży do odebrania siostrze ojca-mściciela, Drasiusa Kedysa, zaledwie 7-letniej dziewczynki. Co z zeznaniami dziewczynki, która opowiadała, jak jej własna matka pozwalała grupie wpływowych pedofilów molestować ją i gwałcić?
Niemal rok temu litewski sąd orzekł, że dziewczynka musi zamieszkać z matką. Jednak, wtedy dziewczynkę obronił wzburzony tłum pod domem Kedysów. W grudniu ubiegłego roku sąd rejonowy w Kiejdanach znowu orzekł, że dziecko ma być oddane matce, zaś decyzja ma być wykonana niezwłocznie. I tym razem, w obronie dziewczynki stanęły tłumy, więc córka Kedysa znowu została w domu ciotki.
Dziecko dalej, jednak nie może czuć się bezpiecznie, bo do sądu w Kiejdanach wpłynął wniosek komornika o pozwolenie na wyprowadzenia dziewczynki z domu Venckiene przy użyciu siły. Zgodnie też z nakazem sądowym dziewczynka spotyka się z matką w domu ciotki, ale do matki wracać nie chce. Venckiene protestuj, pisze listy i odwołania od decyzji, ale jak na razie bez rezultatu.
To jest państwo prawa?
- Po prostu w głowie się nie mieści, że takie rzeczy dzieją się w państwie prawa, za, jaki nasz kraj się uważa - mówi Wirtualnej Polsce Neringa Venckiene. Jej słowa mają szczególny wymiar, ponieważ Venckiene sama jest sędzią sądu okręgowego w Kownie i pracuje w zawodzie już kilkanaście lat. Doświadczenie zawodowe nie pozwala jej też uwierzyć w oficjalną wersję śmierci brata. Drasius Kedys zmarł ponoć w wynik "udławienia się własnymi wymiocinami", kiedy przed prawie rokiem, w kwietniową zimną noc, nie wiedzieć, czemu upijał się samotnie nad brzegiem Zalewu Kowieńskiego. Neringa Venckiene jest przekonana, że jej brat został zamordowany gdzie indziej, a jego ciało zostało porzucone nad zalewem.
Neringa jest przekonana, że Kedysa zamordowano za to, że domagał się ukarania gwałcicieli swojej córki - m.in. Andriusa Usasa, biznesmena i polityka, asystenta byłego przewodniczącego litewskiego parlamentu oraz sędziego Jonasa Furmanaviciusa, który też już nie żyje - a także tajemniczego "wujka Aidasa". Kedys podejrzewał, że był to ktoś z litewskich służb specjalnych.
1
Zdaniem
Kedysa mężczyźni ci byli częścią międzynarodowej szajki pedofilskiej, która ma
swoich ludzi w strukturach władzy i organach sądowniczych Litwy. Także
Venckiene jest przekonana, że taka szajka istnieje. Ostatnio w Norwegii została
rozbita grupa pedofilów. U zatrzymanych znaleziono kilkaset filmów z dziecięcą
pornografią. - Okazało się, że większość filmów była nakręcona na Litwie - mówi
Venckiene.
"Wujkowie Andrius, Jonas i Aidas"
Siostra Kedysa jest przekonana, że po zabiciu brata, teraz szajka usiłuje odebrać jej jego córkę, która jest jedynym świadkiem w tej sprawie. Dziewczynka opowiedziała śledczym o tym, jak była wielokrotnie gwałcona i molestowana seksualnie przez "wujków Andriusa, Jonasa i Aidasa", przyjaciół matki. Dziewczynka opowiedziała też, że była gwałcona w jednym z kowieńskich hoteli, ale też w mieszkaniu matki, które dla Laimute Stankunaite wynajmował i opłacał Andrius Usasa.
Sam Usas również zginął w niewyjaśnionych okolicznościach w czerwcu 2010 r. Oficjalne ustalenia mówią o tym, że podczas jazdy quadem Usas wjechał do przydrożnego rowu, spadł z pojazdu i utonął w wodzie, sięgającej mu zaledwie do kolan.
Natomiast Jonas Furmanavicius zginął w październiku 2009 r. Został zastrzelony przez Drasiusa Kedysa, który zdesperowany obojętnością policji, prokuratury, sądów, polityków i mediów, do których się zwracał, sam postanowił wymierzyć sprawiedliwość krzywdzicielom swojej córki. Przynajmniej tak ustaliła policja - to oficjalne stanowisko.
Neringa Venckiene powiedziała Wirtualnej Polsce, że zaczyna wierzyć, że to jej brat zabił Furmanaviciusa oraz Violetę Naruseviciene, siostrę Laimute Stankunaite, która także stręczyła pedofilom własne córki. Neringa uważa, że jej bratanica jest jedynym zagrożeniem dla siatki pedofilów. - Stąd też te starania, żeby jak najszybciej przekazać ją matce, bo wtedy to Stankunaite, w której przecież mieszkaniu dziewczynka była gwałcona, będzie jedynym pełnomocnikiem interesów dziecka, również w sądzie, w sprawie pedofilskiej - tłumaczy nam Neringa Venckiene.
W połowie lutego, II wileński sąd dzielnicowy wznowił wyjaśnianie sprawy córki Kedysa. Po śmierci Usasa sąd w Kiejdanach ją umorzył. Doprowadzenia sprawy do końca i oczyszczenia męża z zarzutów domaga się żona Usasa. Pobrali się już po wybuchu skandalu. Jednak wileński sąd postanowił zawiesić sprawę do kwietnia, póki sądy w Kiejdanach i w Poniewieżu nie "rozwikłają" sprawy odebrania dziewczynki Nerindze Venckiene.
Brak sprawiedliwości i logiki
- Tu już brakuje nie tylko sprawiedliwości, ale zwykłej logiki, która nakazuje, by najpierw została wyjaśniona sprawa pedofilska, a dopiero potem podjęta decyzja, z kim dziewczynka ma zamieszkać, ze mną, czy z matką - oburza się Venckiene.
Tymczasem litewskie sądy kierują się własną logiką. Sąd Apelacyjny odrzucił wniosek Venckiene o wyłączeniu z procesu całego składu sądu okręgowego w Poniewieżu. Rozpatrywany w nim jest wniosek rodziców Drasiusa Kedysa o pozbawienie Laimute Stankunaite prawa do opieki nad córką. Po odrzuceniu apelacji, decyzja w tej sprawie może zapaść już w najbliższych dniach. Neringa Venckiene nie ma wątpliwości, że nie będzie to decyzja na korzyść rodziców Kedysa. Walka o dziewczynkę trwa.
Z Wilna dla polonia.wp.pl
Stanisław Tarasiewicz
Tak było do wczoraj….Mimo protestów dziecka, mimo wielkiej
społecznej kampanii na rzecz obrony dziewczynki ,mimo próśb i apeli
skierowanych nawet do samej Pani Prezydent…dzisiejszego ranka oddziały policji
wtargnęły na teren posesji, ….wyłamano drzwi, wybito okna i siłą wywleczono
dziewczynkę z domu.
Przekazano dziecko matce, która wg zeznań samej dziewczynki –oddawała ją w ręce
pedofilów!!!!
Ludzie krzyczeli i płakali…Policja była brutalna i
bezwzględna, pobiła i aresztowała też wielu protestujących…
BRAK MI SŁÓW ABY WYRAZIĆ SWÓJ BÓL, OBURZENIE, PRZERAŻENIE I
BEZSILNOŚĆ….
Dziecko nie chciało wracać do matki, …. jednak sąd nie brał
tego zupełnie pod uwagę…nie potraktował
dziewczynki jak człowieka lecz jak przedmiot, ……. postanowił i zezwolił na odebranie dziecka siłą….
NA JAKIM ŚWIECIE ŻYJEMY????? JAKIE TO PAŃSTWO, KTÓRE POZWALA
NA ZBRODNIE I CHRONI GANGSTERÓW A KARZE ICH OFIARY….
Jestem dziś zupełnie rozbita i nie potrafię nawet dobrze
sformułować swoich myśli…..
Czuję ogromny smutek….
W całym kraju zorganizowano wiele akcji protestacyjnych,
tysiące ludzi wyraża swoje oburzenie i gorycz z powodu decyzji władz…
Na transparentach oskarżycielskie napisy pod adresem
polityków i rządu….
BRAK MI SŁÓW ABY WYRAZIĆ SWÓJ BÓL, OBURZENIE, PRZERAŻENIE I
BEZSILNOŚĆ….
Czytam artykuły w prasie…słucham wyjaśnień prokuratury i
sądu…oświadczenia Pani Prezydent.. oglądam filmowy materiał na you tube….słyszę
wciąż krzyk przerażonego dziecka…..mam wielką nadzieję, że to tylko mroczny senny koszmar….CHCĘ
SIĘ OBUDZIĆ!!!!!
Obawiam się, że za jakiś czas wszystko ucichnie…Ludzie
rozejdą się do domów, bo nikogo nie obchodzi ich krzyk…jeśli będą krzyczeć zbyt głośno, to można ich przecież uciszyć pałkami
…..
Ważne aby był ,,PORZĄDEK’’: zboczeńcy nadal będą gwałcić
dzieci a policja będzie ich chronić…
KOGO OBCHODZI PŁACZ MAŁEJ, SKRZYWDZONEJ DZIEWCZYNKI????????
niedziela, 6 maja 2012
listy znad Niemna......: K jak KVADRATAS czyli o moich szaleństwach do kwad...
listy znad Niemna......: K jak KVADRATAS czyli o moich szaleństwach do kwad...: Za oknem prawdziwy zywioł....szaleje wichura,pada ulewny deszcz z gradem....pierwsza majowa burza a ja pijąc gorącą herbatę,wspominam w...
K jak KVADRATAS czyli o moich szaleństwach do kwadratu!!
Za oknem prawdziwy zywioł....szaleje wichura,pada ulewny deszcz z gradem....pierwsza majowa burza a ja pijąc gorącą herbatę,wspominam wydarzenia z
ostatnich kilku dni…..
Miałam koszmarny sen…Jest
słoneczne popołudnie w Kaunas…przebieram się i pospiesznie wychodzę z domu…za
pół godziny zaczyna się ,,ważny wernisaż ''…ważny między innymi z tego powodu, że ja w nim też uczestniczę ( Ji jestem tam bardzo zestresowana )…Pokazuję
4 małe prace!(kolorowe pejzaże malowane na kartonie)….Do przystanku
autobusowego jest dosyć daleko, więc próbuję otworzyć garaż, aby pojechać
rowerem…
Jako włamywacz nie zrobię kariery....Klucz się zacina…Drzwi całkowicie obojętne na moje nieprzychylne westchnienia...ech…biegnę do domu…szukam pieniędzy na
bilet…pamiętam o wyłączeniu światła,zamknięciu domu i furtki....zapominam o zabraniu telefonu…,ale ściskam w dłoni monety i pędzę na
autobus…
Przebiegam dwie przecznice jak olimpijczyk....Mam szczęście (???), autobus akurat nadjeżdża! Wpadam w ostatniej chwili zdyszana i spocona…Kupię bilet
u kierowcy-myślę. Podaję mu odliczoną sumę. Kierowca gestykulując każe mi
przejść do tyłu i nie tarasować przejścia….Posłusznie ( i naiwnie!!!) wykonuję jego polecenie.
On jest tu szefem, ma długie ,groźne wąsy i czerwoną twarz, jest tak bardzo skoncentrowany
na swojej pracy,że chyba zapomina podać mi bilet…??? Czekam cierpliwie, ale on mnie nie
zauważa… Na kolejnych przystankach, wchodzą inni ludzie, a ci którzy płacą ,
otrzymują też pokwitowanie…Ja nic nie dostałam !?…zaczynam się niepokoić i
analizować sytuację….A JEŚLI WEJDZIE KONTROLER??? ach, na pewno tu są inne
zwyczaje-pocieszam się…pewnie kierowca sam jest kontrolerem i dobrze wie, że
zapłaciłam za tę podróż….Jednak na wszelki wypadek szukam komórki, aby w razie
czego ,,zadzwonić do przyjaciela ‘’….szukam…szukam i nie znajduje…a niech to!
Przecież nie wiem nawet dokładnie jak dojść do galerii….i co teraz????
Jeszcze jeden przystanek….tylko spokojnie…na pewno COŚ wymyślę…w wymyślaniu COSIA jestem ekspertem!Cóż...nie mam
komórki, nie mam biletu, nie znam adresu, LECZ NADAL JESTEM PEŁNA OPTYMIZMU!!!.
Tak pieknie świeci słońce,czym tu sie martwić????
i...nagle…robi mi się słabo…widzę na przystanku 3 tajemnicze postacie w błękitnych
mundurach…Wyglądają jak aniołowie,ale tym razem naprawdę nie jestem gotowa na spotkanie z ich świętością!!!!
KONTROLERZY!!!!!Boże, nie!- błagam-uczyń mnie niewidzialną!!! Autobus zwalnia, ja
rzucam się do przodu, chcę już stukać w szybę kierowcy i domagać się pomocy-ale
on zerka na mnie gniewnie, macha ręką i …otwiera
przednie drzwi- wyskakuję z obłędem w oczach…biegnę jak ścigany zając
…Potykam się o nierówny chodnik....Wyobrażam sobie jak mnie zatrzymują i aresztują…o nie!!!!!uświadamiam sobie, że moje
dokumenty także zostawiłam w domu…!!!!Znikąd ratunku!!!????
BIEGNĘ JAK PRZESTĘPCA…nie oglądam się za
siebie….serce bije mi straszliwie, tracę oddech…w końcu poddaję się, zatrzymuję
się pod starym kasztanowcem i mam wrażenie, że za chwilę umrę…MAMOOOOO,DOBRZE ,ŻE TEGO NIE WIDZISZ!!!!!Już mi wszystko
jedno…niech mnie nawet ktoś zastrzeli-proszę bardzo!!!…ale nie chcę dłużej tego
przeżywać…nie zrobiłam nic złego, a czuję się i zachowuję jak
bandzior….groza!!!!
Och jak bardzo chciałam się obudzić, przetrzeć oczy i
odetchnąć z ulgą…lecz NIESTETY TO NIE BYŁ SEN!.....TO WSZYSTKO WYDARZYŁO SIĘ
NAPRAWDĘ!!!!
Siedzę w trawie i płaczę ze złości na
siebie i na swoje idiotyczne, irracjonalne zachowanie….od kiedy pamiętam…zawsze
tak było…w domu i w szkole…gdy coś złego się wydarzyło i szukano winnych…ja już
pociłam się ze zdenerwowania. Komuś w klasie zginął piórnik….,,nooooo????…proszę
się natychmiast przyznać! „-krzyczała
nauczycielka -a ja wybuchałam płaczem…choć oczywiście nie miałam z tym nic
wspólnego…. :(
Cha, cha! ale beksa !- śmiały się dzieci…Ja beksa???? Niedorzeczne oskarżenie :) ,
przecież jednocześnie byłam radosna i
pełna pomysłów na szalone zabawy i psoty…( co niestety zostało mi do dzisiaj
…hmm….) Wspinałam się na drzewa i skały,skakałam z dachu, czyniłam akrobacje na wysokim płocie i
postrzępionej linie, łaziłam po bagnach, żwirowiskach i bunkrach, wiele razy
zabłądziłam w lesie…
czyniłam wiele innych niebezpiecznych rzeczy, o których
lepiej chyba nie wspominać….
Wiele razy mogłam to nawet przypłacić życiem, okropnie bolał
rozbity nos, poraniona noga, rozcięty palec i zszywana głowa….ale mój
temperament i nieograniczona fantazja popychały mnie do nowych przygód….Proszę
bardzo! Mam więc kolejną przygodę….Skulona w trawie pod wielkim starym drzewem,
sapię jak maratończyk i dziękuję Bogu,
że już po wszystkim….Przypominam sobie, że jeśli chodzi o WF, to właśnie z
biegania miałam najlepsze stopnie!!!! Hurra!!!! Po chwili stwierdzam spokojnie,
że skoro udało mi się uciec J)))))) to znajdę także drogę do miejsca gdzie już na
pewno zaczął się wernisaż…Kiedyś już przecież tam byłam. Wtedy było trochę inaczej bo jechałam samochodem i nie
koncentrowałam się na kierunkach, ale od czego mamy pamięć wzrokową ????cha,
cha!!!! Udało się!!!! Jestem na miejscu…Spóźniona ale bardzo z siebie
dumna i szczęśliwa!!!
Cieszę się ,że nie złamałam nogi,że jutro w gazecie nie ukaże się artykuł o zdemoralizowanej,zuchwałej polskiej artystce ,która popełniła ,,autobusową zbrodnię'' i zbiegła z miejsca przestępstwa!!!
Cieszę się, że nie siedzę teraz na komendzie policji lecz oglądam piękne,różnorodne prace artystów i z litewskimi Przyjaciółmi wznoszę radosny toast!!!
LE CHAIM!!! I SVEIKATA!!!
Wystawę ,,Kwadrat’’ od kilku lat organizuje świetny artysta
i niezwykle sympatyczny człowiek:
Arturas RIMKEVICIUS, który sam zajmuje się szkłem artystycznym i tworzy bardzo interesujące, nowoczesne prace.
Arturas RIMKEVICIUS, który sam zajmuje się szkłem artystycznym i tworzy bardzo interesujące, nowoczesne prace.
W wystawie uczestniczyli artyści z Litwy i Łotwy a mój
udział był dla mnie wielkim wyróżnieniem i radością.
Z uwagi na dużą liczbę uczestników, nasze prace są
pokazywane w dwóch galeriach jednocześnie. Z tego powodu tego samego dnia
odbyły się też dwa wernisaże.
Na wystawie można zobaczyć malarstwo, grafikę, fotografię i
rzeźbę. Mnie najbardziej podobały się właśnie prace z ceramiki i szkła i
drewna…Wydawały mi się świeże, nowoczesne i oryginalne.
czwartek, 3 maja 2012
listy znad Niemna......: D jak Deyna czyli PIOSENKA ,czyli JAZZ po litewsku...
listy znad Niemna......: D jak Deyna czyli PIOSENKA ,czyli JAZZ po litewsku...: Co z ciebie za blogerka ????-napisała do mnie z wyrzutem koleżanka-raz piszesz, raz nie piszesz!!!! Jak się coś zaczyna to trzeba kon...
D jak Deyna czyli PIOSENKA ,czyli JAZZ po litewsku!
Co z ciebie za blogerka ????-napisała do mnie z wyrzutem
koleżanka-raz piszesz, raz nie piszesz!!!! Jak się coś zaczyna to trzeba
kontynuować….Nie jestem blogerką –tłumaczę się- jak mam czas i chęć to od czasu
do czasu coś piszę, ale tak wiele rzeczy dzieje się w moim życiu, że aby pisać
codziennie-musiałabym chyba pracować w nocy. Malarstwo jest moim prawdziwym
uzależnieniem i pasją-kiedy pracuję nad obrazem, pisanie schodzi na drugi plan.
Za dużo maluję-przyznałam…Czy można malować za dużo? Brzmi
to dziwnie, ale chyba jednak tak właśnie jest w moim przypadku. Jako
malocholik zużywam zbyt wiele farb
,papieru, płócien, wody i energii. Marnotrawię cenny czas, który mogłabym
poświęcić na bardziej praktyczne czy pożyteczne zajęcia. W moim roboczym
pokoiku piętrzą się stosy prac, zajmują cenną życiową przestrzeń, utrudniają
dostęp do szafy ,półki czy nawet łóżka…Gdy szukam jakiegoś drobiazgu, muszę
najpierw jak mieszkaniec dżungli ,przedrzeć się przez zarośnięty obrazami
teren, co grozi zwykle utytłaniem się w farbach, poślizgnięciem na palecie,
wylaniem wiaderka z wodą czy uszkodzeniem głowy z powodu spadającej ze sztalugi
deski. Po jakimś czasie okazuje się, że poszukiwania nie dały oczekiwanych
rezultatów, ale przyczyniły się do rozpoczęcia kolejnej akcji ,,sprzątania
świata’’, która ma zaprowadzić w tym miejscu wieczny ład i porządek. Układam
więc mozolnie pędzle i farby, sortuję prace ,upycham i pakuję do teczek
papiery, by po kilku godzinach stwierdzić,
że: hurra!!!!! warto było się natrudzić bo mam teraz znacznie więcej miejsca do
pracy! J
Stan błogiej harmonii trwa jednak dopóty, dopóki nie zabiorę się ponownie do malowania.
Nadciąga artystyczne tsunami!
W twórczym szale poukładane tubki farb zaczynają lewitować
lub miotać się pod nogami, płótna schowane za szafą wyciągam i na nowo
przemalowuję, papiery rozkładam i tnę na kawałki…Nie wiedzieć czemu mam
sklejone błękitem włosy, kolorowe piegi na twarzy i ręce….tak brudne, że nie
chcielibyście ich oglądać!
Nie rozumiem jak można malować i samemu pozostać –nie
umalowanym! Mnie się to jeszcze nigdy nie udało-choć widziałam kiedyś w pewnym
piśmie reportaż o malarce, która maluje w zabytkowym salonie, siedząc na
pięknym fotelu, przy stole przykrytym
…koronkowym obrusem! Pani ta ,ma szklaneczkę do pędzelków ,szmatkę śliczną do
ich wycierania i sama też śliczna i w ślicznej sukieneczce zerka do lustra i
swój śliczny autoportret uwiecznia dla potomnych. Patrzyłam na nią oczarowana i
z sercem zbolałym…choć pewnie to i zawiść była: Jakże ja bym chciała być taką
śliczną malarką, w tej ślicznej sukience, na tym ślicznym fotelu…ECH!!!!
marzenie! Malować i się nie upaćkać! ????CUDO!!!!
Tymczasem ja przy pracy wyglądam jak kaczka, która się
wytaplała w kałuży lub mały krecik , który przeorał 3 hektary ziemi….Boleśnie
zderzają się nasze marzenia i wyobrażenia z realnym życiem….bardzo boleśnie….
Kilka dni temu pojechałam do Polski.
Na moich ukochanych
Mazurach, spotkania z Mamą i Przyjaciółmi-BEZCENNE!!!! :)
Często słyszę: ,,a nie tęsknisz???''....to jakby ktoś spytał ,,a nie ...oddychasz?".....jasne,że czasem tęsknię...,ale przecież Polska niezbyt daleko i nie jest tak trudno tam pojechać....bywam tam co jakiś czas...i wtedy też zaczynam tęsknić...ale za Litwą! :)
( Do Izraela dalej niż do Polski i to jest znacznie boleśniejsza tęsknota....)
Powędrowałam szlakiem dzieciństwa. Towarzyszyła mi moja
Przyjaciółka i jej dwuletni synek. Brnęłyśmy ku rzece przez błotniste ,wiejskie
drogi, przyglądałyśmy się starym, zmęczonym wierzbom, słuchałyśmy śpiewu
ptaków. Ja podjadałam młode lipowe pączki i inne znane i nieznane rośliny,
które przed laty też tam rosły. Dzielny malec z entuzjazmem wskakiwał w kałuże
,zbierał patyki, kamyki i zeschnięte kawałki błota pakując te wszystkie cenne
zbiory do …wózka! Nad rzeką Dajną bawiliśmy się wspólnie ,wrzucając do wody
patyki i obserwując jak odpływają w nieznane! Przypomniały mi się różne
przygody z dzieciństwa związane z tym miejscem…Podziwiałam tę rzekę i czułam
przed nią lęk. Kiedyś uniesiona przez wartki nurt ,tonąc walczyłam tu o życie.
Do dzisiaj boję się głębokiej wody….Niedawno dowiedziałam się ,że ,,Deyna’’ to
po litewsku znaczy PIOSENKA! Na starych mapach tak właśnie brzmi jej nazwa.:
Musiało upłynąć tak wiele lat, musiałam pojechać na Litwę , abym poznała moją
rzekę na nowo…
Samą siebie też poznaję tutaj na Litwie na nowo….Przyglądam
się sobie z niedowierzaniem…Czy jestem tą samą osobą,ktorą byłam w Polsce? I tak i nie….Mieszkając w
Polsce otoczeni rodziną, przyjaciółmi-w większości Polakami-nie macie potrzeby
aby zastanawiać się nad swoją polskością, komunikujecie się sprawnie i
automatycznie…Mieszkając w innym kraju, bez znajomości lokalnego języka i
historii czulibyście się jednak chyba nieco ułomni…Ja chwilami tak właśnie się
czuję-i nie jest to miłe doświadczenie. Ciekawe, inspirujące, ale jednak
niezbyt przyjemne. Język litewski jest piękną lecz trudną do zaśpiewania piosenką! :) Tym bardziej doceniam każdy sympatyczny gest i uśmiech,
każde dobre słowo i życzliwość. Mam niebywałe szczęście, że spotykam tylu
sympatycznych, serdecznych, miłych i mądrych Litwinów! Kolejny raz odkrywam, że
bliskość między ludźmi to coś znacznie więcej niż językowe porozumienie,
bo najpierw jest rozmowa serc,
płaszczyzna dialogu oparta na wzajemnym szacunku , chęci wysłuchania oraz
poznania. Szanuję cię i akceptuję jakim jesteś- uznaję twoją wolność do
własnych przekonań, wiary i uczuć-I TY TAKŻE POZWÓL MI BYĆ SOBĄ!
Staram się tak właśnie patrzeć na ludzi, których dane mi jest
poznać. Każdy człowiek ,którego spotykam wnosi coś do mojego życia, w jakiś
sposób zmienia je, ubogaca…Z wdzięcznością myślę o tych wszystkich ,którzy
obdarowali mnie dobrem, wsparciem, przyjaźnią , miłością…Było ich bardzo,
bardzo wielu…Ta lista wciąż się wydłuża!!!!
Myślenie o nich sprawia mi radość ,pobudza miłe
wspomnienia….Jestem przekonana, że każdy z Was mógłby także wymienić wielu
dobrych,szlachetnych,cudownych ludzi, których spotkał w swoim życiu.
Gdybyśmy częściej przypominali sobie o nich to mogłoby się
okazać, że mamy jednak wbrew pozorom wiele szczęścia i wiele powodów do
wdzięczności! J
Moja znajoma zwykła mówić: ludzie są podli!!! Spytałam ją
kiedyś czy zastanawia się nad sensem tego oskarżenia ?
Kiedy narzekam, że ludzie są źli i niewdzięczni to przecież
wskazuję też na siebie-ja także jestem człowiekiem…
Będąc w Polsce usłyszałam znowu wiele krytycznych słów pod
adresem Litwinów. Jedna z moich znajomych wróciła właśnie z wycieczki do Wilna
i spotkała się tam z wrogością i nieuprzejmością Litwinów w sklepach i restauracji.
Oczywiście, zrobiło mi się bardzo przykro.. i ze względu na nią i ze względu na
Litwinów, o których będzie teraz źle
mówić 40 osób więcej. :(
Mój pojedynczy głos zagłuszy krzyk oburzonych i
obrażonych polskich turystów. Ktoś doda jeszcze do tego swój komentarz, ktoś
inny opowieść ubarwi i wkrótce pół mazurskiego miasteczka powtórzy z niechęcią
, że ,,Litwini nienawidzą Polaków’’.
Co mogę zrobić w tej sprawie??? Chwilami czuję się bezsilna.
Byłoby cudownie gdyby wszyscy byli wobec siebie mili, uprzejmi i
kulturalni-Litwini wobec Polaków, Polacy wobec Litwinów –wiadomo jednak, że to
utopia-bo kelnerzy i ekspedienci w sklepach to normalni ,przeciętni ludzie,
którzy mają czasem zły dzień. Dodam tylko, że choć może brzmi to
nieprawdopodobnie ( CHA<CHA!) zdarzyło mi się być niemiło obsłużoną w
restauracji –choć rzecz działa się w Polsce i ja mówiłam rzecz jasna : po
polsku!
(W sklepach polskich
też bywało różnie i nadal bywa)…Co prawda dziś właściciel lokalu czy kelner
bardziej zabiega o klienta, ale i on uśmiecha się chętniej do osób
majętnych a gościa co zamówi jedynie
herbatę lub frytki ,już tak wylewnie nie pożegna i nie zaprosi ponownie.
Weźcie to pod uwagę Kochani i przyznajcie, że dotyka to
bardziej socjologii niż polityki.
Tak czy inaczej zawsze jestem smutna gdy słyszę podobne
opowieści-wiec apeluję do Przyjaciół Litwinów by wykazali się wrodzoną sobie
rycerskością i się do Polaków jednak uśmiechali!!!…taki sam apel kieruję
nieustannie do wszystkich znanych mi Polaków, bo jak już niejednokrotnie
pisałam UŚMIECH TO NAJKRÓTSZA DROGA DO DRUGIEGO CZŁOWIEKA!
Po kilku wymuszonych i nieszczerych próbach życzliwego grymasu-może się niespodziewanie okazać, że nabierzemy wprawy
i uda nam się unieść kąciki ust a warczenie zamienić w sympatyczny uśmiech.
Przekonacie się szybko o skuteczności tej jakże prostej i
zupełnie darmowej ( a przy tym bardzo zdrowej ) metody komunikacji!
Biorąc też pod uwagę, że większość Polaków i Litwinów
posiada kompletne uzębienie-to widzę, że jest naprawdę co pokazać i wcale nie
trzeba używać tylnej części ciała aby wyrazić swoje przekonania.
Dwa dni temu miałam okazję spędzić majówkę w towarzystwie wesoło i kreatywnie bawiących
się Litwinów. Malarze, pisarze, poeci, urzędnicy, prawnicy, nauczyciele, ich
znajomi i rodziny… Na malowniczym wzgórzu nad Niemnem kilkadziesiąt osób,
dorosłych i dzieci wylegiwało się na kocach, jadło, piło, tańczyło ,śpiewało,
wymyślało zabawne konkursy-cieszyło się życiem i swoim towarzystwem. Żal było
stamtąd odjeżdżać i żal, że nie mogliście być razem, bawić się i śmiać razem z
nami….
Byłam też na finałowych koncertach znanej międzynarodowej
,corocznej imprezy KAUNAS JAZZ….Wśród wielu muzyków zaproszonych na tę
imprezę były znane amerykańskie gwiazdy:
Lizz Wright, Christian McBride,
Rudresh Mahanthappa i David Sanchez. ( 26-30.05 )W tym roku była to już 22 edycja! Dzień po
dniu ,całe miasto żyło jazzową muzyką, wiele darmowych koncertów, na ulicy, placach,
w klubach, kościele, synagodze ( Ori Dakari Trio (Izrael ) a ostatniego dnia wieczorem
koncert gwiazdy festiwalu ,czarnoskórej wokalistki Lizz Wright w tutejszej hali
koncertowej.
Gościem z Polski był saksofonista Maciej Obara. ( muzyk
współpracujący z Tomaszem Stańko.)
Litwini kochają jazz- słychać to i widać na każdym kroku. Mieszkańcy
Kowna dumni są ze swego festiwalu i
chętnie w nim uczestniczą. Przyjeżdżają też setki turystów z innych miast i
krajów. Trudno czasem zdobyć bilety na koncerty a na tych darmowych są zawsze prawdziwe
tłumy słuchaczy. Nocą na starym mieście ludzie bawią się i tańczą do rana. Jeśli
lubicie jazz trzeba tutaj koniecznie przyjechać w przyszłym roku na wiosnę , lecz
ostrzegam, że o noclegi i bilety na koncerty gwiazd warto postarać się dużo
wcześniej! J
Po tych wszystkich przeżyciach mam kolejny twórczy dylemat….od
czego zacząć? Ugotować coś? Pójść na spacer? Pojechać rowerem do lasu?...Przyroda
litewska i szafirowy Niemen kusi i wabi-maluj mnie, maluj…dźwięki muzyki w głowie
też dopominają się uwiecznienia na płótnie….Zabieram się więc… do pracy…za chwilę
wejdę do mej starannie wysprzątanej pracowni
i …..ogarnie mnie radosny, twórczy żywioł…!!! J.
Czego i Wam Kochani serdecznie życzę!
Serdecznie pozdrawiam i przypominam o ćwiczeniach fizycznych
z zakresu… śmiechoterapii!
Oto garść podstawowych informacji:
• Gdy jesteś wesoły, elektryczna aktywność prawej i lewej półkuli mózgowej jest lepiej skoordynowana. Neurolofizjolodzy dowodzą, że brak takiej koordynacji prowadzi do depresji.
• Śmiech poprawia krwiobieg, przyspiesza bicie serca i krążenie krwi, dzięki czemu organizm otrzymuje więcej tlenu. Aktywizuje nie tylko mięśnie brzucha, ale i twarzy.
• Zwykle człowiek oddycha bardzo płytko i tylko górną częścią płuc, zatem wdycha niewielką ilość powietrza, więc organizm jest słabo dotleniony. Tymczasem śmiejąc się, podczas jednego wdechu pobieramy nie 0,5, ale aż
• Śmiech pobudza układ odpornościowy, hamując wydzielania hormonów stresu: adrenaliny i kortyzolu. Zwiększa wydzielanie endorfin (zwanych hormonami szczęścia) i łagodzi bóle głowy, mięśni lub zębów.
• Śmiech jest namiastką ćwiczeń fizycznych. Podczas śmiechu ruszamy ramionami, rękami, nogami i głową.
• Śmiech przyspiesza trawienie i pobudza przemianę materii. Skurcze mięśni korzystnie wpływają na pracę śledziony, wątroby i jelit.
J J J J J J J….a więc minimum7 dni w tygodniu!!!!!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
