............

poniedziałek, 8 października 2012

Z DOMU DO DOMU....czyli REPORTAŻ Z PODRÓŻY DO POLSKI





Jadę do Polski!!!!Nie byłam tam ponad miesiąc. Powinnam się cieszyć…hmm…. Zestresowana pakuję plecak….jadę przecież na min. 10 dni!!!! a więc czarne, czarne, czerwone ,zielone…coś ciepłego, coś ładnego na inaugurację…(potem okazuje się, że o długiej spódnicy jednak zapomniałam! ) L…skarpetki, ręcznik , kosmetyki, kapcie…ech, już się zmęczyłam samym upychaniem i już nie pamiętam co leży na samym dnie….Sprawdzić?...nie chce mi się…a jednak trzeba było…
No cóż…tak czy inaczej zawsze czegoś zapominam….:)





  W DROGĘ!

Najpierw niestety jest dłuuuuga podróż…tak, wiem: ,,długa’’ to pojęcie względne…dla mnie jednak cierpiącej na chorobę lokomocyjną-tych kilka godzin spędzonych w rozkołysanym autobusie staje się zawsze niezapomnianym, traumatycznym przeżyciem. Siedzę wyprostowana i blada, z miną chorego psa, sapiąc i dysząc ciężko przed i po każdym zakręcie ,modląc się by nagłe hamowanie nie wywołało ataku torsji….Modlę się też by miejsca obok mnie nie zajął jakiś niedomyty mężczyzna lub o grozo: spocona kobiecina ,która tuż po wyjeździe z dworca rozwija kanapki z salcesonem….Na szczęście siedzą daleko ode mnie ,ale mój przeczulony nos i tak wykrywa wszystkie wrogie i mdlące zapachy…Jadę więc i walczę sama z sobą ,ze swoim organizmem, nosowi zabraniam analizy danych a żołądkowi  wmawiam, że jest pięknie, że nic nami nie targa, nie trzęsie i wystarczy pomyśleć o czymś miłym….Ufff….gdy dojeżdżam do Giżycka jestem obolała,spocona i ledwo stoję na nogach….
Z autobusu ,,wytaczam się’ ’razem z plecakiem, laptopem, podręczną torbą i butelką wody mineralnej…4 rzeczy,4 rzeczy…kontroluję i sprawdzam nerwowo…

Dworzec w GIŻYCKU
Jeden z moich ulubionych
Tu zawsze można liczyć na niespodzianki…
Pierwsza z nich to informacja o pociągu do Kętrzyna….okazuje się, że muszę czekać jeszcze ponad godzinę, choć wg internetowej informacji zaledwie 15 min…hmm
Poczekam więc, bo przecież  nie mam wyjścia…
Wlokąc ciężki –dlaczego zawsze tak potwornie ciężki???- bagaż ,kuśtykam do dworcowej toalety.
Czytelna tabliczka: SKORZYSTANIE Z TOALETY : 1,50 zł od osoby -PŁATNE Z GÓRY!
Pokornie kładę monety na talerzyku, ale coś mnie kusi by rzucić żartobliwy komentarz:
-w Suwałkach ta przyjemność kosztuje zaledwie złotówkę! Ja toalety czyściutkie i ładne!
Pani spogląda na mnie ponuro…i już czytam w jej oczach jak w księdze: no to wracaj se pani  do Suwałk..!!!!
Spuszczam więc głowę i próbuję otworzyć kolejne drzwi…ZAMKNIĘTE!!!!
-klamki nie szarpać…kluczem otworzę! -obwieszcza z wyższością kierowniczka toalety.
TO KOLEJNA NIESPODZIANKA…KIEDYŚ DO TOALETY MASZEROWAŁO SIĘ DROGĄ BEZ GRANIC. Teraz najpierw zapłacisz, potem Ci otworzą-lub nie!
Lepiej grzecznie poczekać bo pani na pewno chamstwa nie znosi i jak trzeba będzie to zastosuje odpowiednie metody wychowawcze.
Wewnątrz mała innowacja: papier szary, gruby, światło wyłączone a deski sedesowe wymontowane…,,a po co deski jak ludzie i tak nie siadajo’’- no i rzeczywiście !
Ile mądrości i przezorności w tych pozornie drobnych rewolucyjnych przemianach.
Podróże kształcą-potwierdzam!

Chwilę później siadam w pobliskim barze i zamawiam barszczyk.
-ale barszczyk to mamy taki ze słoiczka-informuje uczciwie sympatyczna pani.
-cóż, trudno- poproszę!.... nawet jeśli ze słoiczka i nawet jeśli bladoróżowy napój kosztuje 2,50 zł…płacę i nie dyskutuję…Słoik barszczu kosztuje zapewne nie więcej niż 3 zł i można z niego przyrządzić min.50 porcji…Obliczam sobie jaki to zysk i zastanawiam się, czemu do tej pory nie osiągnęłam sukcesu w jakimś biznesie? J))


Pociąg Z GIŻYCKA do KĘTRZYNA relacji EŁK-GDYNIA

Odjeżdża punktualnie co zapewne  należy odnotować jako historyczne wydarzenie niezwykłej wagi.
Odnotowałam więc!
Siedzę w przedziale sama-co też nie zdarza się tak często-i co skłania mnie natychmiast do burżuazyjnych zachowań typu: przeciąganie się, wyciąganie nóg, głośne ziewanie, wycieranie nosa i układanie włosów…PEŁEN KOMFORT!!!
Dziękuję polskim kolejom państwowym za te niecodzienne intymne doznania w brudnym co prawda ,ale naszym, swojskim, przaśnym przedziale!!!!
JADĘ SOBIE NA ZACHÓD I NIKT MNIE NIE POWSTRZYMA!!!!

MIASTECZKO K.

W piękny wrześniowy poranek, w tutejszym szpitalu przyszło kiedyś na świat nieproszone, kosmate dziecko ze skrzydłami motyla ( a może to były skrzydła ptasie?)…nikt tych skrzydeł nie widział.. nikt nie zauważył…więc dziecko nazwano Ewą…
,,Ewka ,Ewka spadła z drzewka” !!!!
Wierzyła ,że potrafi fruwać. Spadała niejednokrotnie, wybijając sobie zęby, uszkadzając kręgosłup  ale przeżyła i  dziś jest  już   dojrzałą Ewą choć wciąż niezbyt niepoważną…( ostrzegam!!!!)….
 Tyle wspomnień…tyle wrażeń związanych z tym niezbyt urodziwym ( przyznajmy) miasteczkiem…..
Pamiętam…..ale o tym może innym razem….jadę przecież teraz na urodziny do mojej Mamy!


U MAMY….CZYLI W RODZINNYM DOMU

 Myślałam o Tobie…czekałam…już traciłam nadzieję…dobrze, że jesteś! Boli …boli głowa…brzuch…plecy…kark najbardziej…chyba tracę wzrok…wpadam w depresję…dlaczego tak rzadko przyjeżdżasz…nie mogłabyś tu zostać? Patrz dziecko jak by nam było dobrze…miałabym opiekę …byłoby tak pięknie…a teraz obcy ludzie mnie obsługują…co ty tam na tej Litwie robisz?...za Polską nie tęsknisz?...ale wyglądasz dobrze…poprawiłaś się….no to dobrze!
Świętujemy Mamy urodziny…telefony z życzeniami od rana….goście…kwiaty ..prezenty….
W ogrodzie kwitną szafirowe marcinki, ogromne, wysokie bukiety…zbieram nasiona z pięknej purpurowej  malwy…posieję w Kownie przed domem!....Może się przyjmą?
Rozmawiasz po litewsku? Nie???? No dziwne….to nie sprawa inteligencji-bronię się żałośnie…Wstydzę się, naprawdę …tak, chcę się zapisać na jakiś kurs…a Litwini po polsku nie rozmawiają?...a dlaczego mieliby po polsku rozmawiać?…przecież to LITWINI więc mają JĘZYK LITEWSKI….ale to przecież musi być podobne do polskiego ..nie ???? indoeuropejski??? no popatrz! Nie wiedziałem….tak blisko Polski a język zupełnie odmienny…cha! A TO NIESPODZIANKA!!!!!...
Podoba Ci się na Litwie? ….drożej mają?..no co ty mówisz???.taki mały kraj…ilu ludzi mówiłaś???? Ojej!!!! To co tam fajnego jest? .Ludzie.. Kultura?...Historia?...Przyroda?.no tak….ciekawie opowiadasz…ciekawie!Jak długo planujesz tam zostać? Nic nie planujesz?...ychy....ale wyglądasz na zadowoloną...no proszę! To chyba po swoim dziadku masz,bo on też tak wędrował....:)







DOM MENDELSOHNA

Znowu jadę do Olsztyna.. miasta wielu mych pięknych, ale i koszmarnych wspomnień…Chcę jednak pamiętać tylko te dobre!....Festiwal…VI DNI KULTURY ŻYDOWSKIEJ…tym razem pod hasłem W DOMU….
Gdzie jest mój dom????…myślę siedząc w autobusie...
,,….ZAWSZE BEZDOMNY I WSZĘDZIE W DOMU….’’…przypominam sobie….Tak, tak….Dom to przecież nie tylko budynek ,dach i ściany ,ale nasi bliscy, przyjaciele, miejsce gdzie na nas czekają…gdzie jesteśmy kochani….akceptowani…
Jaka to radość ,że  MAM DOM!!!!!
Nie każdy jest takim szczęściarzem.....
Radość wypełnia moje serce…zamykam oczy aby nasycić się tym miłym wzruszeniem….aby pamiętać i aby zapamiętać….






FESTIWAL 27.09-03.10 2012



Bardzo intensywny tydzień mija szybciej niż bym się tego spodziewała i pragnęła…Pracujemy, organizujemy, biegamy ,ale i słuchamy, patrzymy ,radujemy się ,świętujemy…..mimo zmęczenia i przeziębienia chciałabym aby to wszystko trwało dłużej….
Bardzo ciekawe wykłady, spotkania , żywiołowe koncerty, wystawy, warsztaty…..Oj działo się ,działo….Kto nie był na festiwalu, niech żałuje! Nie obyło się oczywiście bez małych perturbacji, problemów organizacyjnych, technicznych i ,,nagłych zwrotów akcji’’....
Jednak możemy podziękować NAJWYŻSZEMU i wszystkim organizatorom, wykładowcom  oraz uczestnikom za naprawdę DOBRZE I MĄDRZE SPĘDZONY WSPÓLNIE CZAS……
Za rok już 7 (oby!) edycja festiwalu!!!!! Już się cieszymy ,już rozmyślamy nad programem…….nad hasłem…nad terminem…
Kogo zaprosić…jak zdobyć fundusze…???jak najlepiej wszystko zorganizować i jak …nie zwariować…?:.
....,,hasło świetne, hasło niedobre, dziwne, zbyt oczywiste ,głębokie, banalne ,
termin niewygodny ,za krótko,  za długo ,lepiej byłoby latem, wykładowca wspaniały, nudny ,koncert znakomity, okropny, jakieś łomotanie, nareszcie coś ambitnego, dla normalnych ludzi wreszcie coś zróbcie!!!, beznadziejna ta muzyka, za głośno, za cicho, a czemu tylko o żydowskiej kulturze robicie?...itp…itd…..
Sami widzicie, że trzeba dużej odporności psychicznej i fizycznej, aby wyczerpująco odpowiadać ,wyjaśniać i spokojnie pracować dalej! Uff…..





POWRÓT

Ptaki odlatują do ciepłych krajów…a ja wbrew logice i wbrew zdrowemu rozsądkowi JADĘ NA LITWĘ…..powracam do Kaunas….Dlaczego?
Może dlatego ,że mi brakuje rozumu….może z powodu głosu serca….. ale nagle widząc deszczowe chmury nad Niemnem, poczułam ogromną radość ,że wracam DO DOMU….? <3


czwartek, 13 września 2012

listy znad Niemna......: KUSZENIE EWY I WOLNOŚĆ OSŁA lub odwrotnie,czyli o ...

listy znad Niemna......: KUSZENIE EWY I WOLNOŚĆ OSŁA lub odwrotnie,czyli o ...:       zaczęło się niewinnie.........   -Chcesz jechać na plener? -Jasne ,że chcę ,a gdzie? -na północ, w okolice Palangi...

KUSZENIE EWY I WOLNOŚĆ OSŁA lub odwrotnie,czyli o plenerze na Żmudzi.....

 
 
 
zaczęło się niewinnie.........
 

-Chcesz jechać na plener?

-Jasne ,że chcę ,a gdzie?

-na północ, w okolice Palangi…

-wspaniale!!!!

-a jakie warunki?

-zakwaterowanie w HBH…

-słucham?

-to taka restauracja i hotel…

-restauracja?

-tak i …browar

-słucham?

-bro-war! Tam gdzie robią piwo…

-do browaru na plener??????? niebezpiecznie!!!!!

Byłam już na plenerze w różnych miejscach…w leśniczówce, pensjonacie, folwarku, ostatnio nawet 2 razy w klasztorze ale w BROWARZE?

 Plener dla malarzy?????

To jak plener dla lisów w… fermie kur….

-to jak, chcesz pojechać?

-jaaaaaadeeeeee!!!!!

 jadę ,jasne że jadę!!!!

Tydzień w browarze brzmiał obiecująco…

Zapakowałam się w pół godziny…Właściwie moja torba podróżna stoi spakowana w pracowni od początku wakacji…i rytuał jest niezmienny: wyjeżdżam…maluję…wracam…piorę…suszę…wrzucam z powrotem…wyjeżdżam…

Ubranka te same, więc nie stawiam sobie filozoficznych pytań ,,co ja na siebie włożę?” Skutek jest taki, że na plenerze zwykle paraduję od rana do wieczora w moim ,,malarskim garniturku’’ ochlapanym, brudnym i zaklejonym…ach jak cudownie!:)

Na wszelki wypadek mam jednak jeden wernisażowy komplecik- hmm…zupełnie podobny do malarskiego, z tą tylko różnicą ,że czysty! J

Przyjechaliśmy na miejsce. Przywitała nas miło i serdecznie sympatyczna właścicielka tego ogromnego jak się okazało –kombinatu gastronomiczno rozrywkowego!!!!

-jesteście moimi gośćmi: pokoje ,bar i restauracja są do Waszej dyspozycji! ZAMAWIAJCIE CO I ILE CHCECIE,- SMACZNEGO !!!!

Zabrzmiało groźnie i wprost niewiarygodnie, ale okazało się prawdą…niestety!

Dlaczego ,,niestety’’ – bo dla artysty lepiej gdy głodny niż przeżarty, zapewniam!!!!!:))))))

Pokoje wygodne, czyste, ładnie urządzone, karta dań kusząca, obsługa równie urodziwa co kulturalna i miła…RAJ!

Mamy też miejsce do malowania-przypominające bardziej antyczny salon niż pracownię….Zaklejam i zabezpieczam wszystko folią i przez kilka pierwszych godzin drżę uderzając pędzlem o płótno.. za każdym razem rozglądam się i sprawdzam z niepokojem czy  jednak czegoś nie zachlapałam…Groza!!!!

Pory posiłków ustaliliśmy wspólnie…10….14…19….Regularnie i grzecznie jak cielęta podchodzimy do korytka i szukamy w karcie czegoś ,,smacznego, zdrowego i niezbyt tuczącego’’….

- Pstrąga z rusztu? Filecik panierowany ? kurczak w sosie słodko kwaśnym… a może bakłażany z sezamem? hmmm…to może na dobry początek bliny ziemniaczane ze śmietaną i …kufel świeżego piwa?

-takie piwo nie filtrowane i nie pasteryzowane jest bardzo zdrowe!!!!

-o taaak!!!! BARDZOOOO ZDROOOWE!!!! zamawiamy też ciemne…ponoć jeszcze zdrowsze…a chcemy przecież jeść i pić tylko to co zdrowe !

-tak, poprosimy jeszcze po jednym piwie!
 

CZUJECIE TEN KLIMAT?????

Wstajemy od stołu wypchani cepelinami i nasiąknięci piwem jak gąbka….Trzeba zabrać się do malowania…oczywiście!!!!…ale najpierw chyba jakiś mały spacerek po lesie…?

Restauracja jest ogromna i rozległa jak labirynt…trudno na początku znaleźć drogę ,,ewakuacji’’

Wokół restauracji, wśród wysokich drzew i krzewów, kolejne bary i kluby, place zabaw, boiska sportowe, strzelnice, bilard, tory przeszkód dla dzieci i dorosłych, park wspinaczkowy, park rzeźb, liczne sklepy z pamiątkami, zwierzyniec , stawy…Nic dziwnego, że każdy gość otrzymuje mapę ze wszystkimi dostępnymi atrakcjami!

My też stanowimy chyba swego rodzaju ,,atrakcję’’, zwłaszcza w usmarowanej farbami odzieży na tle setek wystrojonych ,,na bogato’’, pań i panów.:)

Mnóstwo turystów przybywa z Rosji, Łotwy i oczywiście z całej Litwy. Tłumy dorosłych i dzieci spędzają tutaj często cały dzień.

HBH to najsłynniejsze tego rodzaju miejsce w kraju. 

Do Palangi zaledwie parę kilometrów.. po spacerze nad morzem, miło posiedzieć w dobrej restauracji ,zjeść obiad i napić się smacznego ,świeżo warzonego piwa…

My jednak nie jesteśmy turystami…mamy zadanie do wykonania: namalować po kilka obrazów i zrobić tutaj poplenerowy wernisaż! Uff…w tak dobrych warunkach okazuje się to bardzo skomplikowane! J)))

Mnie najbardziej dekoncentruje nieustanny zgiełk, restauracyjne zapachy i …muzyka!!!!

Ja przecież tak kocham i potrzebuję dobrych dźwięków…no właśnie: DOBRYCH….tymczasem z głośników na każdym piętrze wydobywa się jakiś techno-popowo- transowo - ludyczny  jazgot….Juz po kilku godzinach jestem zmęczona i rozdrażniona…Czuję basowe łomotanie w skroniach i ….kolanach…J

Podczas obiadu proszę miłą kelnerkę o ściszenie muzyki i nieśmiało dopytuję czy nie mają czasem jakichś innych nagrań- choćby-daj Boże!!!!!: ludowych?????

NIE! NIE MAJĄ!!!  :(

 i ta sama lista nagrań towarzyszyć nam będzie od rana do nocy… każdego dnia!!!!!…taki trans…To jak miecz anioła strzegącego wejścia do raju. To jak kara za moje przeszłe i przyszłe grzechy i za ten luksus i za te ogromne kufle piwa!!!!

Zaciskam więc zęby, wzdycham ciężko  i zamawiam pierwsze danie…drugie danie…kawę…lody…bitą śmietanę…i PIWO!

Na poobiednim spacerze poznaję moich nowych przyjaciół, których krzyk słyszałam już pierwszej nocy, myśląc, że mam halucynacje! Przede mną stoi i uśmiecha się szczerząc zęby: PARA OSŁÓW!

-lubisz marchewkę????... pytają niby od niechcenia

-lubię!- odpowiadam

-my też lubimy!!!!- wyznają śliniąc się –PRZYNIOSŁAŚ?????

-nie!.. bardzo przepraszam! nie miałam pojęcia, że was spotkam!

-ichaaaa…ichaaa…..nie miałaś pojęcia???? …no dobra, ale teraz już wiesz…

-tak.., ale mogę już teraz was pogłaskać…!.

-hmmm…z głaskania nie mamy wielkiej satysfakcji…jak przyniesiesz marchewkę to pogadamy…bo teraz jesteśmy bardzo zajęci…

Osły odchodzą smutne i zawiedzione….ja też odchodzę i głupio mi ,że próbowałam ich ,,ugłaskać’’……

Lepiej już pójdę coś namalować….mam pomysł na nowy obraz…
 
 

Przedtem jeszcze zamieniam kilka grzecznościowych zdań z piękną lamą i jej mężem ( okropnie zarozumiali nudziarze…),
 
dyskutuję ze stadem kóz na temat sytuacji politycznej w Europie…( jeden z kozłów powiedział, że unia europejska jest zupełnie obojętna wobec ich losu, a politycy chcą  tylko wydoić ich kobiety, zedrzeć skóry i przerobić na eleganckie torebki!)
 

Wolałam milczeć w tej sprawie ,bo niestety wiele w tym gorzkiej prawdy…Mała kózka przyglądała mi się z ciekawością i wąchała nieufnie moją torebkę, która na szczęście jest uszyta ze zwykłej szmaty a nie z koziego nieszczęścia! Uffff……

 

Jak już o nieszczęściach mowa….Na Litwie znowu wszystko podrożeje- komentują moi znajomi…Cena paliwa ma wzrosnąć o jednego lita! To będzie chyba najdroższe paliwo w całej Unii Europejskiej!!! Wielka w tym ,,zasługa’’ rosyjskich sąsiadów!!!

Żyć tutaj coraz trudniej i smutniej….bo ludzie, a zwłaszcza ci starzy boją się, jak przy takich cenach przeżyją zbliżającą się zimę???? Mają być srogie mrozy, jeszcze gorsze niż w poprzednim roku…brrrrr….

Słucham tych hiobowych wieści z niepokojem, mając nadzieję, że prognozy meteorologiczne okażą się fałszywe a podwyżki nie będą tak dotkliwe….

Obserwując  turystów trudno uwierzyć w pogłębiający się kryzys…Elegancko ubrani…elegancko spacerują i elegancko płacą odjeżdżając eleganckimi samochodami….

 

,,Trzeba będzie kupić większy zapas ziemniaków na zimę !””….myślę zasypiając ….

 

Nad ranem budzi mnie porykiwanie osłów…potem drze dziób czarny ,chudy kogut z Madagaskaru a wtórują mu beczeniem na w pół ślepe owce i wiecznie głodne kozy…
 
 

Czas wstawać! CZAS NA ŚNIADANIE!!!! Potem do pracowni…potem na obiad…potem znów malowanie i kolacja….!

Dziwne, złowrogie uczucie:

CZUJĘ JAK NABIERAM MASY!!!!

Ponoć piwo wcale nie tuczy, a nawet pomaga zrzucić wagę- zapewniają mnie mężczyźni popijając kolejny kufelek i gładząc się po okrągłych brzuchach….

TAK! w dodatku jest BARDZO ZDROWE!

Postanowiłam się ograniczać! Piję więc tylko jedno piwo do obiadu, ale za to na deser znowu zamawiam pyszne lody z owocami i..... miskę BITEJ ŚMIETANY!!!!!

Mam dietę śmietanową-tłumaczę ciekawskim.....-lekarz mi zalecił! -bo BITA ŚMIETANA JEST BARDZO ZDROWA!:)))))))
 
 

Uciekam od stołu do lasu, do pracowni, do… osłów….Zabieram ze sobą marchewkę i rozmawiamy sobie spokojnie o życiu, sztuce i literaturze…Osły podobnie jak ja lubią jazz i ladino…Sefardyjskie romanse to ich ulubione pieśni….Wspominamy historię mądrej oślicy Balaama ( to pra, pra…pra babka jednego z nich!!!!)… i innych wybitnych osłów…

-W starożytnym Izraelu  osioł był zwierzęciem królów i sędziów...cieszył się szacunkiem i uznaniem….a popatrz dziś na naszą sytuację!- wzdycha Szary….ech! życie…przychodzą tu tłumy znudzonych turystów i każdy chce nas sfotografować…robimy różne głupie miny aby dostać marchewkę…czy wiesz jakie to upokarzające?????
 
 

Opowiadam ,że moja Mama zawsze chciała mieć osiołka i pytam delikatnie czy mogłabym zrobić kilka fotografii…

-dla Mamy na urodziny…ma 25 września!

-Dobra rób, tylko wykasuj te, jak turyści karmią nas  marchewką….Rozumiesz, że to obciach?

- tak, wykasuje, jasne ! JA TEŻ NIE LUBIĘ OBCIACHOWYCH FOTEK-a moi znajomi chętnie mi takie właśnie robią-skarżę się

-nie przejmuj się, ludzie bywają mało wrażliwi….niby nas kochają, karmią i poklepują ,ale trzymają za ogrodzeniem….a teraz już idź bo robi się chłodno….

…I NIE ZAPOMNIJ O NAS!

 

Żegnam się i obiecuję ,że jeszcze się spotkamy!

 

 

 

Dobrze, że plener trwał tylko tydzień….Nawet pobyt w RAJU bywa męczący!

W końcu robimy wernisaż naszej wystawy…dziennikarze dopytują o nasze inspiracje ,emocje przeżycia i wzruszenia…hmmm….czy powinnam powiedzieć o OSŁACH?.....

Pokazuję swoje prace i opowiadam, że w każdym miejscu maluje się inaczej, że ważna jest historia tego miejsca….…to co było kiedyś…i to co będzie…,że malując używam też morskiego piasku i okolicznej ziemi….że malując obraz ,,piszę list’’ ,opowiadam o tym co przeżyłam i za czym tęsknię….,że to nie tylko zapis moich emocji,…ale przecież bez emocji malować nie sposób….
 
 

Młody dziennikarz kiwa głową…nie wiem nawet czy przetłumaczono mu to co chciałam naprawdę powiedzieć i …czy to miało sens ?

Dziwi się, że przyjechałam na Litwę….W POLSCE CHYBA ŁATWIEJ BYŁO ŻYĆ?????

 

Znowu korci mnie by wspomnieć głośno o osłach….

 

Szczerze mówiąc one  naprawdę bardzo mi pomogły….rozbawiły ,ale i zmusiły do poważnego myślenia…przypomniały o moich priorytetach….

Będąc w tłumie ludzi ,zgiełku i hałasie-zatęskniłam za spokojem i ciszą….Odnalazłam ją w obłokach, lesie, nad brzegiem morza i w …samej sobie….

 RAJ jest wspomnieniem….przyszłość nadzieją, ale  SZCZĘŚCIE  I POKÓJ TWORZYMY SAMI !

 

 Zbliża się ŻYDOWSKI NOWY 5773 ROK!

Przed tym Świętem trzeba rozmyślać nad swoim życiem, dążyć do odnowy i poprawy ,pojednać się z ludźmi ( a może trzeba by i ze zwierzętami?)….

Życzę Wam wszystkim, abyście w tym Nowym Roku nie tracili nadziei i pogody ducha…abyście mogli żyć pojednani z Bogiem i ludźmi i cieszyć się ze wszystkiego co ZDROWE J dobre, piękne i mądre!!!!!

NICZEGO ZA WIELE, ALE WSZYSTKIEGO TYLE ILE TRZEBA!!!!:)))))

 

 

 

 

 

 

 

sobota, 11 sierpnia 2012

EKS-PRESJA CISZY...czyli pamiętajmy o Samuolisie!...




Projekt artystyczny…..EKSPRESJA CISZY….dedykowany wybitnemu litewskiemu artyście  :ANTANASOWI SAMUOLISOWI. (1899-1942)

Kurator pleneru: Gintautas Vaicys

Miejsce: Klasztor w Pożajściu (lit. Pažaislio vienuolynas) – największy zespół klasztorny na Litwie, jeden z przykładów baroku włoskiego w Europie Wschodniej położony w dzielnicy Kowna Pietraszuny.




Pierwszy dzień projektu:

Jadę do klasztoru …zmieniam tożsamość…ukryta za jego grubymi murami zrywam kontakt z rodziną i przyjaciółmi…Palę swoje ubrania, wyrzucam kosmetyki i biżuterię…golę głowę i ubieram się w długą ,szorstką wełnianą suknię… Staję się jedną z kilkunastu milczących sióstr….Nie mam nawet swojego imienia…Pokutuję za grzechy popełnione i niedokonane, chłoszczę ciało za winy przyszłe i wyśnione…całymi dniami  modlę się i poszczę lub ciężko pracuję ….nocą do mojej celi zagląda fioletowy księżyc a rankiem zrywam się przerażona….TO BYŁ TYLKO SEN!!!!!






Uff…..Jak to dobrze ,że koszmarny sen minął ,a ja mimo pobytu w klasztorze czuję się świetnie…Mam tu miejsce i materiały do pracy, smaczne posiłki, wygodne łóżko, przytulny pokój i serdeczną kompanię pozostałych uczestników pleneru….Przyjechali tu z Kaunas , Wilnius, Warszawy i Olsztyna …Świetni, oryginalni artyści, życzliwi ludzie i przyjaciele…Dobrze nam się razem pracuje i rozmawia…Miejsce pleneru też jest przecież niezwykłe!

Pierwszy raz maluję w takim ,,dostojnym’’ otoczeniu…Każdego dnia przez zabudowania klasztoru przewija się mnóstwo turystów z całego świata…Najwięcej jest chyba jednak Litwinów i Polaków….Tłumy zwiedzających od samego rana….Niektórzy  zaczepiają nas życzliwie i chętnie podglądają nas podczas twórczych zmagań…Dla nich to dodatkowa atrakcja, dla mnie… udręka…Uciekam więc do klasztornej celi i …barykaduję się starą drewnianą ławką.Za ścianą, w sąsiedniej sali pracuje Katia, w arkadach nieopodal ulokował się Wiesiek…Znany i pomysłowy  performer nie obawia się widzów, przeciwnie, ku naszej wielkiej radości co chwilę wymyśla jakieś nowe akcje.

Mam więc znakomite towarzystwo i nareszcie potrafię skupić się na swojej pracy…Pozostali artyści Sigita, Patrycja ,Saulius, Bronias , Aiste  również znikają w swoich ,,celach’’ lub pracują ,,publicznie’’. Spotykamy się w porze obiadu i kolacji, śniadania robimy we własnym zakresie…Do naszej dyspozycji mamy dobrze wyposażoną kuchnię i co cieszy wszystkich: jest tutaj nawet: prawdziwy ekspres do kawy!

Pijemy ją litrami!

Jaka szkoda, że plener trwa tak krótko! Mamy tyle pomysłów i energii. Wszyscy artyści bardzo ambitni i pracowici…Każdego dnia przybywają  kolejne, interesujące  prace….Tak bardzo różnimy się sposobem malowania i tematyką : architektura, postacie z fresków, pejzaż , abstrakcja….Jednak każdy z nas próbuje po swojemu zinterpretować ten sam temat: Ekspresja ciszy…


Gospodynie obiektu Siostry Kazimierski są miłe i gościnne. Od czasu do czasu zagląda do nas pogodna i serdeczna Siostra Edyta, przygląda się jak pracujemy, chwali nas za pomysły,opowiada jakąś ciekawą historię i znika dyskretnie by nie przeszkadzać….

10 dni bez internetu , telefonu, radia i telewizji, bez polityki i olimpiady…bez kontaktu z rodziną…Chwilami to bardzo trudne… martwię się o moich bliskich…jak czuje się moja Mama…jak radzą sobie moje dzieci? Czy wszystko w porządku? Przewracam się z boku na bok…nie mogę spokojnie zasnąć….Nad ranem słyszę świergot jaskółek i mam kolejny koszmarny sen wywołany opowieścią jednego z kolegów… Ponoć Nigeryjczycy bardzo skutecznie  polują na ,,nasze’’ jaskółki.
 w klasztorze mieszka kilkanaście sióstr i....tysiące jaskółek...


Gdy zmęczone długim lotem ptaszki, zasypiają w trawie, myśliwi chwytają je przy pomocy pokrytych klejem liści… w ten sposób tysiące tych ślicznych ptaków trafia do  wygłodniałych afrykańskich żołądków …Żal mi jaskółek….rzeczywiście jest ich z każdym rokiem coraz mniej….,ale przecież żal mi jeszcze bardziej mieszkańców Nigerii, którzy umierają z głodu, nie tylko z powodu suszy, ale przede wszystkim z powodu chciwej, nieuczciwej i złodziejskiej  polityki  rządzących….

W moim mrocznym śnie są źli ludzie z karabinami, polowanie na jaskółki i moja paniczna ucieczka…Chowam się pod liśćmi palmy i patrzę na rozgwieżdżone niebo…Za chwilę ktoś mnie  znajdzie i zabije…serce wali mi jak oszalałe…BUDZĘ SIĘ!!!! uffff!!!!!!

Jak to dobrze, że jestem tu gdzie jestem…i ż,e jestem tym kim jestem….

Zawsze chciałam być ptakiem….

Myślałam….marzyłam…tak naiwnie….

Dziś myślę o Samuolisie…o jego krótkim życiu i dramatycznych losach…

 Antanas Samuolis

Żył zaledwie 43 lata, lecz stworzył wiele poruszających i niezwykłych obrazów…Podobnie jak V.Gogh ( którego cenił i podziwiał) malował rzeczy codzienne i proste, biednych ludzi i smutne pejzaże…Pochylona jabłoń, stare krzesło, stół, dzbanek i ludowy świątek opowiadają o ludzkiej egzystencji, o tajemnicy i sensie człowieczego losu .Samuolis widział piękno i kolor tam gdzie inni dostrzegali tylko szarość i brzydotę .
obraz A.Samuolisa

 W kowieńskim i wileńskim muzeum można zobaczyć niektóre z jego prac…inne znajdują się w prywatnych kolekcjach…Warto znaleźć czas i przyjrzeć się uważnie jego dziełom.

Pozostawił po sobie wiele pięknych obrazów, choć sam umarł z dala od ojczyzny, na obczyźnie…w szwajcarskim sanatorium w Leysin .Dziś nie można tam odnaleźć  nawet jego nagrobka….



Moim ukochanym obrazem jest czarnowłosa kobieta w żółtej koszuli… zamyślona i smutna, wsparta na lewym ramieniu…Młoda i stara jednocześnie….bez cienia kokieterii spoglądająca przed siebie…w niebo…w głąb siebie? w prawej dłoni trzymała bukiet czerwonych irysów, ale wysuwają się i za chwilę upadną na podłogę …

obraz A.Samuolisa



Myślę, że Samuolis być może podświadomie ,ale także czuł ,że ma niewiele czasu…Wcześnie stracił ojca, który ciężko pracował fizycznie aby utrzymać rodzinę i zmarł na gruźlicę kości gdy Antanas miał  18 lat .Artysta wyrósł w biednej ,skromnej rodzinie, widział nędzę  robotników i chłopów, obserwował jak zmagają się z trudami życia…w starych łachmanach, głodni i bez nadziei na odmianę swojego losu…On sam mimo iż niezwykle uzdolniony nie miał nigdy dosyć pieniędzy na farby i płótna….na fotografiach w gronie przyjaciół zawsze pogodny i uśmiechnięty…na autoportretach zamyślony i poważny….Mimo to, uważał , że  nie ma sensu żyć tylko po to ,by gromadzić dobra materialne, że powołaniem człowieka jest tworzenie i kształtowanie kultury.





Przechadzam się po rozległych wnętrzach klasztoru w PAŻAJSLIS…czytam o  jego historii…brzmi przygnębiająco…

Piękny, barokowy zabytek ma za sobą mroczną, dramatyczną  przeszłość….

Budowę klasztoru  ufundował K.Z.Pac (ur. 1621, zm. 10 stycznia 1684 w Warszawie) kanclerz wielki litewski.

W 1654 poślubił Klarę Isabellę de Mailly, damę dworu królowej Ludwiki Marii.

Miał z nią jedynego syna, który zmarł w wieku 8 lat .Zbudowanie klasztoru miało być znakiem pamięci i wiecznej żałoby po nieodżałowanym dziecku.

Pac sprowadził do klasztoru zakon kamedułów ,który słynie z  surowej reguły milczenia.. Zakonnicy są zobowiązani do pracy fizycznej, modlitwy, pokuty oraz życia pustelniczego. Ponoć kamedułowie z Pożajścia praktykowali również samobiczowanie i inne formy skrajnej ascezy.


 Po powstaniu listopadowym klasztor kamedułów został skasowany przez władze rosyjskie, które osadziły tam prawosławnych mnichów i uruchomiły w kościele cerkiew, w związku z czym dokonano w nim szeregu przeróbek (usunięto ołtarze boczne, wstawiono ikonostas, zamalowano lub przemalowano część malowideł). W 1915 prawosławni mnisi zostali ewakuowani, a po uzyskaniu niepodległości przez Litwę zespół klasztorny przejęły siostry z konwentu Św. Kazimierza. W czasach radzieckich kościół służył jako archiwum, zakład psychiatryczny i galeria sztuki. Po 1990 budynek zwrócono siostrom. Od 1996 w pożajskim klasztorze odbywa się corocznie międzynarodowy festiwal muzyczny, na którym gościł m.in. Yehudi Menuhin.

 (foto z internetu)


Od kilku lat Związek Artystów Plastyków z Kaunas, organizuje tu swoje malarskie plenery, na które zaprasza też artystów z innych krajów.
uczestnicy tegorocznego pleneru

Miałam ogromne szczęście być tam i tworzyć wspólnie z innymi .Na zakończenie pleneru odbył się wspólny wernisaż i  koncert muzyczny w wykonaniu gruzińskiego multiinstrumentalisty: Iraklita  Koiavy oraz Grażvydasa  Kardokasa -litewskiego  saksofonisty i malarza.

 Irakli Koiava

 Grażvydas Kardokas


Nasze prace przyjechali oglądać inni artyści z Kowna, rodziny i przyjaciele oraz przypadkowi turyści z wielu krajów…Wystawa jest niezwykle różnorodna, ale dzięki temu też  wzbudzała powszechne zainteresowanie. Powstało kilkadziesiąt ciekawych prac, zasługujących na prezentację nie tylko w klasztorze ,ale i w którejś z kowieńskich  galerii.

10 dni minęło stanowczo za szybko…żal nam było się rozstawać i żegnać…mam nadzieję, że to nie nasze ostatnie spotkanie i kiedyś uda nam się znowu razem działać i tworzyć.

Wróciłam do domu...wszystko wydaje mi się takie małe,kruche i ...przytulne...
Pobyt w klasztorze uświadomił mi na nowo JAK BARDZO KOCHAM WOLNOŚĆ POZA  MURAMI! :)
.

poniedziałek, 23 lipca 2012

L jak LEVITAN czyli TAJEMNICE NASZEGO LOSU....


Labas!



Bazar za moim oknem jest w poniedziałki teoretycznie nieczynny, ale kilku handlarzy pracuje każdego dnia…

Po długiej nieobecności w domu, trzeba będzie zrobić  większe zakupy : ziemniaki, buraki, pomidory, cebulę, czosnek i piękne, kolorowe śliwki!

Znoszę łupy do kuchni. Cieszę się, że znowu sama coś ugotuję.!

Po blisko 2 tygodniowym pobycie w Polsce z radością zabieram się za czyszczenie i gotowanie warzyw.

Słońce pięknie świeci, ale na ulicy widać jeszcze skutki wczorajszej ulewy. Najwyraźniej pogoda na Litwie była ostatnio tak kapryśna  jak na Mazurach.

Plener grunwaldzki ,w którym uczestniczyłam ,tym razem miał miejsce w malowniczej wiosce Spychowo. Klimat i atmosfera cudowna. Gościnni i serdeczni gospodarze,bardzo smaczna kuchnia i wygodne spanie.

Za domem sosnowy las, grzyby, maliny i jagody.. przed domem łąka i tuż za nią błękitna toń jeziora…

Prócz pięknej przyrody sympatyczni ,uzdolnieni artyści, niektórzy z nich to już prawdziwi przyjaciele. Było nas 14 a więc spora gromadka i spore twórcze zamieszanie…różne style, różne techniki, odmienny stosunek do malarstwa….Czas mijał b szybko…stanowczo za szybko….Jednak zdążyliśmy co nieco namalować a efekty będzie pewnie można zobaczyć na kolejnej ,,grunwaldzkiej wystawie’’….

Niektórzy z nas pracowali jak w transie, inni znajdowali jeszcze czas na spacery po lesie, kąpiel w jeziorze, wycieczki, grę w bilard i ,,nocne Polaków rozmowy’’…

Trudno znaleźć temat ,który nie byłby poruszany…jednak najwięcej dyskutowaliśmy o sztuce…życia, sztuce w życiu i życiu ze sztuki…J

Ten ostatni to temat najbardziej bolesny dla tych, którzy chcieliby być niezależni i wolni w swojej twórczości a jednocześnie pragną aby ich prace były kupowane…

Kolejna sprawa to życie prywatne i twórczość….czasem bardzo trudno pogodzić te sprawy, chyba że artysta zwiąże się z drugim artystą…bo i któż mógłby zrozumieć lepiej te odwieczne artystyczne dylematy i konflikty wewnętrzne, chwile zwątpienia w sens własnej ,twórczości…zawiłości myślenia i odczuwania kreatywnego, otwartego ale jednocześnie nadwrażliwego człowieka…??? Czasem czujemy się bardzo samotni, czasem samotności spragnieni jak powietrza…czasem radośni i pełni zapału, czasem na granicy depresji…Drugi artysta zawsze to świetnie zrozumie, a przynajmniej zrozumieć mu łatwiej i skupiony na własnej twórczości nie szuka okazji do konfliktu…żal mu czasu i energii…J

Noo…chyba ,że artysta jest narcyzem klasycznym- oczekującym od partnera i świata ciągłego uwielbienia…to już lepiej niech sobie poszuka kogoś ,,normalnego’ ’,kto sam pozbawiony talentu malarskiego, będzie zachwycał się każdym szkicem czy obrazkiem…kto będzie wzdychał ,chwalił i wielbił, czcił i hymny na cześć artysty układał…

Znam z relacji historycznych, obserwacji i opowiadań różne przykłady artystycznych związków a także związki artystów z ,,normalnymi ludźmi’’…Zauważyłam też, że zwykle kobieta –nawet jeśli artystka-schodziła na drugi plan, aby talent mężczyzny jaśniał pełniejszym blaskiem…Piszę schodziła. .bo dziś wygląda to nieco inaczej.

Kobiety artystki domagają się swoich praw i chcą same decydować czy coś namalują czy ugotują…

Hmmm…patrzę z boku na siebie w maleńkiej kuchni…i cóż????widzę uśmiechniętą marzycielkę i jednocześnie zuchwałą kobietę…cierpliwie  krojącą warzywa !

J

Nikt mnie nie zmusza, nikt nie pogania-sama chcę, więc  z plenerowej malarki szybko zamieniam się w szefową kuchni i oblizuję się na myśl o dzisiejszej kolacji…

Pięknie jest….w trzech garnkach bulgoce…słucham orientalnej muzyki…układam złocisto purpurowe śliwki na dębowym blacie stołu i fotografuję by zimą pocieszać serce ich widokiem….

……….


Wczoraj byłam też u mojej Mamy…spotkałam się z bratem i siostrą…

Zmieniamy się wszyscy….starzejemy…ale poczucie humoru nas nie opuszcza…Siostra wyjechała do Niemiec, ja na Litwę ,jeden brat mieszka w Polsce, drugi tak jak i Ojciec już w błękitno-złocistych przestrzeniach….Zawsze mam ochotę spytać o niego…bo wciąż zapominam, że odszedł tak wcześnie…ŻYCIE…..

Mama taka krucha i malutka…przecież kiedyś była większa…ech, to ja byłam mniejsza…Nie, nie jestem głodna…Mamo przestań proszę!....już nie jestem dzieckiem…a przecież jestem ,jestem Mamo…ciągle? na szczęście? Czy może wreszcie trzeba by dorosnąć, spoważnieć, zmądrzeć i stwardnieć jak włoski orzech?

Nie wiem…nie wiem kiedy wydorośleję…któż to może wiedzieć…ja nie jestem taka mądra Mamo….!Chciałabym, ale nie jestem…tak, maluję…nie. .nie mam stałej pracy…czasem coś sprzedam to mam pieniądze…tak, oszczędzam…nie ,nie chcę pracować na kasie w biedronce…

Nie jestem naiwna…choć czasem tak jednak bywa….i co z tego Mamo?...tak!mieszkam teraz na Litwie...jestem szczęśliwa...tak,tak! naprawdę Mamo...więc już  nie martw sie o mnie,proszę..wszystko dobrze!!!!

Za kilka dni Mama zadzwoni i spyta jak zwykle: DZIECKO,CO TY ROBISZ NA LITWIE? KIEDY WRÓCISZ????
Świat wciąż tajemniczy i pełen niespodzianek…J



Porządkuję fotografie ,które zrobiłam wczoraj wyjeżdżając z Mazur…Patrzę na cudowne, wieczorne światło dotykające zielonych pagórków i dojrzewających łanów zboża..

Czy potrafiłabym to namalować?

W jaki sposób? Jak znaleźć odpowiedni kolor? JAK NA OGRANICZONYM PŁÓTNIE-NAMALOWAĆ NIEOGRANICZONE PIĘKNO PRZYRODY?????

Otwieram album Izaaka Levitana- znakomitego, niezrównanego malarza…Któż mu dorówna?????

W Wikipedii nader skąpe i beznamiętne informacje…..:

Izaak Lewitan (Исаак Ильич Левитан, ur. 30 sierpnia 1860, zm. 4 sierpnia (22 lipca wg kalendarza starego porządku) 1900) – malarz-pejzażysta rosyjski pochodzenia żydowskiego.

Urodził się w ubogiej, lecz wykształconej rodzinie w sztetl Kibarty niedaleko Kowna. Ojciec jego nauczył się francuskiego i niemieckiego i dzięki temu później przez pewien czas pracował jako tłumacz francuskiej firmy budującej mosty kolejowe.

Na początku 1870 jego rodzina przeniosła się do Moskwy. Tam we wrześniu 1873 młody Izaak rozpoczął naukę w Szkole Malarstwa, Rzeźby i Architektury, gdzie już od dwóch lat pobierał nauki jego starszy brat Abel. W 1875 zmarła jego matka, a dwa lata później, po ciężkiej chorobie – ojciec, i rodzina straciła źródła utrzymania. Talent Izaaka został jednak dostrzeżony, dzięki czemu otrzymał on stypendium.

Pierwszą dostrzeżoną przez prasę wystawę Lewitan miał w 1877. Dwa lata później, w maju 1879, w związku z falą wystąpień antyżydowskich w Rosji, został zmuszony do przeniesienia się do podmoskiewskiego przysiółka Sałtykowka (Салтыковка), ale wkrótce, pod naciskiem opinii publicznej i w uznaniu jego twórczości, pozwolono mu na powrót. W 1880 jego obraz Осенний день. Сокольники ("Jesienny dzień. Sokolniki") został kupiony przez znanego kolekcjonera sztuki i filantropa Pawła Trietiakowa, założyciela Galerii Trietiakowskiej.

Wiosną 1884 Lewitan przystąpił do "Towarzystwa Wystaw Objazdowych" (pieriedwiżnicy - Передвижники), pozostając jego członkiem do 1891.

………….
URODZIŁ SIĘ NA LITWIE...BYŁ ŻYDEM...TO DLACZEGO PISZĄ ,ŻE TO MALARZ ROSYJSKI..???? .hmmm....kolejna tajemnica....

Levitan żył krótko i intensywnie…namalował wiele cudownych obrazów…dlaczego umarł tak szybko????

Kiedyś ku mojej wielkiej radości, natknęłam się na album z jego malarstwem w olsztyńskim antykwariacie… Gdy podekscytowana przyglądałam się wówczas jego obrazom, nie wiedziałam jeszcze ,że kilka lat później ja sama zawędruję do Kowna i będę tu malować….

Popatrzcie choćby w internecie na jego prace…to malarstwo oczaruje was, uwiedzie i zachwyci!

Muszę koniecznie wybrać się do  rodzinnego miasteczka Isaaka i spojrzeć na szafirowe niebo ponad dachami Kibartai….Czuję ,że muszę je zobaczyć, aby zrozumieć…los Levitana…i mój własny…




lecz....czy da się zrozumieć i czy naprawdę trzeba???? :)